Cudzość – nie, dziękuję!

Na moim splocie słonecznym usiadła zazdrość. Nie pytajcie ani skąd wiem, ani jak się to objawia. Zresztą nie da się tego opisać bez szamańskich bębnów, płonącego ogniska i białej szałwii. Po prostu usiadła i siedzi. Nie jest to moja zazdrość a cudza i byłabym bardzo wdzięczna właścicielowi, gdyby sobie ją zabrał. Skoro produkuje - to niech i ma - ale dla siebie.

Zazdrość jest jedynym uczuciem, którego nie znam. Emocją niedostępną dla mnie niezależnie od tego w jakiej sytuacji życiowej jestem, ile mam lat i z kim przebywam. Owszem potrafię dramatyzować, wchodzić w ofiarę, martwić się - tak martwić się potrafię nawet wzorcowo - ale nie odczuwam zazdrości. Nigdy. Po prostu nigdy nie chorowałam na... cudzość.

Cudzość to wymyślona przeze mnie nazwa dla tragicznej w skutkach przypadłości ego. Ego to cierpi, że ktoś ma, umie lub wie. Nie chorowałam - więc nie znam. Nie wiem, czy to kwestia wychowania, 0-6 czy też otaczających mnie ludzi. Może po prostu tak mam. Tak czy owak cudzość mnie mija szerokim łukiem i nie dopada.
Nawet sezonowo.

Nie zazdroszczę ubrań, domów, samochodów. Nie zazdroszczę wiedzy, umiejętności, osiągnięć. Nie zazdroszczę też pieniędzy, zgromadzonego majątku, życia na wypasie. Nie zazdroszczę mężów, dzieci, bogatych teściów czy rodziców ani osiągnięć mężów, dzieci, teściów czy rodziców. Prawdę powiedziawszy nawet nie wiem jak się to robi. Jak się w sobie robi - zazdrość.

Kiedy pytam ludzi, co czujesz kiedy mówisz "jak ja jej / jemu zazdroszczę..." - odpowiedzi padają różne. Czasami jest to złość, że kogoś na coś stać. Czasami żal, że tej osoby na coś nie stać. Czasami strach, że jest się gorszym, bo się nie ma/ nie wie/ nie umie. Najrzadziej pojawia się ból. Mocny. Dojmujący. Ściskający żołądek. Ból tak intensywny i nagły, że choć wychodzący z poziomu głowy - to odczuwalny fizycznie. W ciele. To wtedy toku jednej z takich rozmów pojęłam czym jest zawiść.
Wyższe stadium cudzości.

Jak ja ci zazdroszczę, że ty nie zazdrościsz - wywaliła mi kiedyś znajoma i krótko potem nasze drogi się rozeszły. Nie umiała przyjąć, zaakceptować a może uwierzyć, że można nie chorować na cudzość. Bo zazdrość - to rodzaj wysypki na naszym emocjonalnym ciele. To nie przyczyna a objaw . To potrzeba bycia kimś innym niż się jest, aspirowania do bycia nie sobą. Tak długo jak długo chorujemy na cudzość - jesteśmy sterowani z zewnątrz przez cudze pomysły, cudze ścieżki, cudze wybory. Wolność zaczyna się w dniu, kiedy podejmiesz decyzję, że już chcesz być tylko sobą.

Nie znam leku na cudzość. Ale wiem czemu na cudzość nie choruję. Kiedy widzę, że ktoś coś ma/ wie/ umie i mnie się to podoba i może nawet chciałabym mieć/ wiedzieć/ umieć tak jak ten ktoś właśnie - to we mnie wybucha radość. Entuzjazm wręcz. Jestem wtedy na krzywej wznoszącej emocjonalnego haju. Ja na to patrzę tak, że skoro jest choćby jeden człowiek na świecie, który coś ma/ wie/ umie to znaczy, że TO jest dostępne dla nas wszystkich. TO czyli określony stan posiadania, wiedzy czy umiejętności. To, co nas różni pomiędzy sobą to odcinek czasu, w którym to coś możemy osiągnąć, bo mamy różny poziom startowy - finansów, wiedzy, sprawności manualnej. Ale wszyscy mamy możliwość. Ja też.
Potem się zastanawiam, czy ja tego naprawdę chcę? I w większości przypadków na pierdyliard - nie chcę. Bo to nie moje - tylko cudze. Ale wiedząc, że mogę - czuję się wolna. I właśnie dlatego nie choruję na cudzość.

#TuSięCzytaWPiątki

Jak u Was z wolnością i zdrowiem?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *