Nie patrz, nie słuchaj, milcz!

Nie patrz. Patrzenie jest niebezpieczne. Grozi tym, że zobaczysz. Więc nie patrz.
A jeśli już zobaczysz, nie słuchaj. To, co usłyszysz może nie być tym, co chcesz słyszeć.
Bądź więc ślepy, bądź głuchy.
Po prostu siedź i milcz.

Japońskie przysłowie: „Nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego” obrazuje zawsze wizerunek trzech małp. Jedna z nich zasłania oczy, druga uszy, trzecia usta. Płaskorzeźby, obrazy, figurki. Zawsze trzy. Zawsze nierozłączne. Mało kto wie, że była z nimi jeszcze czwarta małpa. A nawet jeśli jej nie było, to ja wierzę, że była. A jak się w coś wierzy, to to musi być prawda.

Nasz mózg działa jak zaprogramowany system operacyjny dowolnego komputera. Jeżeli wyślemy mu instrukcję, że coś jest dla nas ważne, zacznie z otaczającej nas rzeczywistości selekcjonować tylko te informacje, te zdarzenia, te fakty,  które będą potwierdzeniem tego, co jest dla nas ważne. Te i tylko te. Kobiety, które są w ciąży, widzą na ulicach raz po raz inną ciężarną kobietę. Co chwilę dowiadują się, że kolejna znajoma jest w ciąży. W zasadzie cały świat jest w ciąży. Zmienia się to w dniu, kiedy rodzą i nagle przestają już zauważać spacerujące brzuszki -  ich uwaga natomiast koncentruje się na jeżdżących wózkach.  

A propos samochodów. Moment, w którym zmienisz samochód na nowy, to czas, w którym nagle zaczynasz zauważać to, jak dużo aut właśnie tej marki jeździ po polskich drogach. Jesteś w stanie przysiąc, że jeszcze dzień temu ich nie było. Analogicznie z wakacjami. Decydując się na wakacje w Grecji, gdy wchodzisz do dowolnej księgarni widzisz wszędzie rozstawione przewodniki po… Grecji.  W telewizji i internecie atakują Cię wręcz reklamy rodzinnych urlopów w Grecji, ba nawet w programach kulinarnych wyłapujesz właśnie przykłady greckich potraw. Albo przynajmniej  pochodzenie używanych w tym daniu przypraw, oczywiście ma swoje korzenie w Grecji. 

Co do zasady w księgarniach, internecie, na polskich drogach i ulicach Twojego miasta jest wszystko. Przewodniki po każdym niemalże kraju świata, samochody różnych marek, staruszki i nastolatki. To Twój mózg po otrzymaniu „komendy” >>to jest dla mnie ważne<< dokonuje selekcji zakrzywiającej rzeczywistość. Fakt znany, zbadany, nie ma co nad nim dyskutować. Kłopot zaczyna się w momencie, gdy to czego sami doświadczamy stosujemy bezkrytycznie jako mianownik wspólnych doświadczeń ogólnospołecznych.

Nie jesteśmy tacy sami, a nasze doświadczenia i płynące z nich wnioski, są różne. To, że jesteś zwolennikiem jakiejś tezy i masz na to pierdyliard przykładów potwierdzających taki a nie inny stan rzeczy, nie oznacza, że na tym (i tylko tym) świat się kończy, i obok Ciebie nie ma kogoś, kto czuje, myśli, działa inaczej. W jego świecie, jego mózg, na skutek podyktowanego mu programu ważności dokonuje własnej selekcji - sytuacji, faktów, zdarzeń. Spieranie się o to, jak jest naprawdę nie ma najmniejszego sensu. Kiedy szkolę i chcę, żeby grupa poczuła to, o czym tu piszę, proszę osoby zgromadzone na sali, żeby określiły się kto z nich jest zwolennikiem medycyny akademickiej i leczenia antybiotykami, a kto zwolennikiem np: homeopatii. (Jest też grupa pośrednia - w zagrożeniu życia antybiotyki a na codzień homeopatia ale ich wykluczam z tego doświadczenia). Proszę też żeby przytoczyły powody, dla których stosują właśnie taką, a nie inną metodę leczenia. Choć na to ćwiczenie mam zaledwie kilka minut jestem w stanie rozpalić ludzi do czerwoności. Czasami trudno mi opanować grupę. Wtedy dyskusje przenoszą się na korytarz i podczas przerwy jedni przekonują drugich o zbawiennych skutkach wybranego przez nich patentu na zdrowie. Argumentacje są pełne osobistych doświadczeń, autentycznych przykładów z życia wziętych, faktów, które w życiu danej osoby po prostu miały miejsce. Kiedy kończę ten eksperyment stawiając hipotetyczną tezę, że może nie leczą nas leki, tylko to, w co wierzymy (czyli swoista siła sugestii -  podaję wtedy dane dotyczące działania placebo) część ludzi ma moment A-HA, a część nadal obstaje przy swoim. To jest to, co określam parametrem elastyczności na zmianę. 

Prawdopodobnie nie ma jednej, jedynej prawdy. Prawdopodobnie wspinamy się po różnych stokach tej samej góry, niepotrzebnie spierając się o to, kto ma rację. Prawdopodobnie też, za naszego ziemskiego życia, nie rozwikłamy tej zagadki, skądinąd dobrej na długie wieczory przy ognisku, jako temat akademickiej dyskusji. Prawdopodobnie tak jest. To czy teraz przyjmiesz tę tezę, czy też wejdziesz w bunt i się z nią nie zgodzisz, jest zależne od Twojej elastyczności na zmianę. Ludzie z momentem A-HA na moim szkoleniu, to ludzie o dużej elastyczności. W ich przypadku wdrażanie zmian, przyjmowanie innych punktów widzenia, otwartość na nowe rzeczy - zarówno te chciane jak i niechciane - przychodzi im lekko. Gdybym jako badaczka miała określić, jakie cechy stoją za taką postawą, byłyby to: otwarty umysł, poszanowanie wolności i prawa drugiego człowieka do własnych wyborów, oraz pokora. Wszystkie trzy cechy ważne - ale ostatnia, - kluczowa. 

Pokora nie pozwala nam na zakładanie, że jesteśmy pępkiem świata i jest tak i tylko tak, jak my to widzimy. Pokora jest też, hamulcem ręcznym przekonań, o wyjątkowości własnych racji. Wreszcie pokora daje dystans, do tego z czym się stykamy, a co do tej pory, nie było w naszym systemie operacyjnym zaznaczone, jako ważne.

Kiedy publikuję swoje teksty blogowe - tutaj lub na Facebooku -  po pojawiających się komentarzach widzę, kto ma jaki poziom otwartości widzenia świata. Doskonałym doświadczeniem (trudnym ale doskonałym), było opublikowanie przeze mnie, krytycznego posta na temat działania szkoły mojego syna, w pierwszych dwóch tygodniach narodowej kwarantanny. Tu dodam, szkoła mojej córki, w tym samym małym mieście, działała bez zarzutu i w zasadzie nauczyciele tej szkoły potrzebowali dwóch dni, żeby ruszyć z kopyta, na miarę kwarantannowych możliwości. 

Post ten był wyrazem niezgody na to, co się dzieje. Niezgody na bylejakość tego, co się dzieje i wreszcie na wciskanie mi, że wszystko działa świetnie. W rozmowach telefonicznych ze znajomymi słyszałam już o lekcjach online, o wykładach nagrywanych przez nauczycieli, widziałam jak wygląda komunikacja grona pedagogicznego z rodzicami w innych miejscach (podsyłano mi przykładowe maile z komunikacją szkoła - dom). W tych dobrze działajacych szkołach robiono to wszystko po to, by dzieci nie traciły ciągłości nauki. Nie trzeba było być jasnowidzem, by wiedzieć (patrząc choćby na przykład włoski), że jak to się teraz mówi „zaistniała sytuacja” nie, nie potrwa tydzień i czekanie na dyrektywy płynące z góry,  to strata czasu. Zresztą nie siedziałam bezczynnie. Sama odezwałam się do szkoły oferując pomoc w wejściu w świat online - bezpłatnie, z wykorzystaniem wszystkich opłaconych przeze mnie platform. Działałam. Usłyszałam wtedy, że nie będzie to konieczne. I tak przez dwa tygodnie. No to wyszłam z tłumu i powiedziałam, że król jest nagi. Głośno i wyraźnie. 

A potem?  

Potem ze spokojem obserwowałam reakcje i komentarze ludzi.

Dwa najpiękniejsze dla mnie komentarze pojawiły się od… moich dwóch polonistów. Silnych ludzi, z ogromną wiedzą, przez których tak naprawdę poszłam na polonistykę. Nie tyle przez nich, co ze względu na nich i to jaką miłością do literatury byli w stanie mnie zarazić w czasach przed zarazą. Czyli dawno. Zarówno on jak i ona - aktywni nauczyciele z wieloletnim doświadczeniem zawodowym - zareagowali podobnie. „Przykro mi, że tak trafiłaś” i „Dobrze, że wiem, kto może mi teraz pomóc”. Nikt z nich się nie obraził. Oni patrzą i widzą, słuchają i słyszą, i mówią. Głośno. Zresztą oni akurat nie potrzebowali mojej pomocy. Gigantycznym wysiłkiem, który włożyli w to, by nauczyć się nowych rzeczy, oni już po dwóch tygodniach śmigali w sieci. Ludzie, którzy sami mnie uczyli. Dodam -  nie było to wczoraj. 

Charakteryzuje ich szeroki, otwarty umysł, poszanowanie wolności i prawa drugiego człowieka do własnych wyborów, oraz pokora. Działają społecznie, czytają ogrom książek, biorą czynny udział w głośnym mówieniu nie - tam gdzie wciska nam się knebel w usta. 

Reszta komentarzy była spolaryzowana. Rodzice z podobnymi doświadczeniami do moich, tagujący swoich znajomych pod postem, po to, by tamci poczuli, że nie są sami, oraz obrażone i urażone tak zwane „grono”.  Ci ostatni wywierający na mnie silną presję, mającą na celu wbicie mnie przynajmniej w silne poczucie winy. Czytałam o tym, jak nie rozumiem o czym w ogóle piszę, że czasu są ciężkie, że za wszystko odpowiada system, czytałam o tym, że jestem niesprawiedliwa, oraz o tym, że post był krzywdzący i zraniłam niewinnych ludzi. Nagle środowisko okazało się być jednym, silnym, spójnym, doskonale działającym organizmem, w dodatku ubranym na biało. Przynajmniej do tego chciano mnie przekonać.

Żadne środowisko zawodowe, nie jest homogeniczne. Wśród artystów są ludzie kompletnie odjechani i leniwi i tacy, którzy dużo pracują i stoją twardo na ziemi. Wśród marketingowców są tacy, którzy pracują etycznie i Ci, którzy manipulują przekazem tylko po to, by sprzedać.  Najpierw siebie - potem produkt klienta. Często o tym mówię na moich webinarach. Wśród badaczy są rzetelni praktycy i tacy, którzy przymykają oko na sufitowe dane* (*dane wymyślane na potrzeby raportów patrząc w sufit). Wśród lekarzy są tacy, którzy nigdy nie wzięli łapówki - i tacy, którzy na nich zbudowali niezłe domy - najpierw swoje, a potem swoich dzieci.  

Nie inaczej jest ze środowiskiem nauczycielskim. Tu obowiązuje ten sam mechanizm różnorodności. Zakładanie, że wszyscy są tu jednakowi, jest naiwnością godną pierwszoklasisty. Wśród nauczycieli są tacy, którzy potrafią ciężko pracować,  nie tracą ducha miłości do młodzieży i praktycznie, co rocznik - to nowy olimpijczyk  - i tacy, którzy jedynie karmią system i trzymają się tej pracy, bo mają etat, opłacony ZUS i praktycznie zerową szansę na zwolnienie z dnia na dzień. 

Wśród nauczycieli są ludzie z doktoratami, gruntownie wykształceni i tacy, którzy nie zrobili matury - tylko kupili ją dawno temu - a potem jakoś to poszło - studia zaoczne, podyplomówki, mianowania. Osobiście znam taki przypadek - w skali kraju - pewnie nie jedyny. Pierwszą pracę w szkole załatwił ktoś znajomy, albo ktoś z rodziny. Dziś już nikt o tym nie pamięta. A tak naprawdę ten nauczyciel nie ma matury. I uczy.

Wśród nauczycieli są ludzie, którzy mają pasję, dar wykładu, kreatywność godną twórców i tacy, którzy jadą na konspektach lekcji, napisanych zaraz po studiach, kilka, kilkanaście lub dześcia lat temu. 

Wśród nauczycieli są tacy, którzy żyją z obiektywnie głodowej pensji - i tacy, którzy jej wielokrotność zarabiają na korkach, nie płacąc od tego podatku.

Wreszcie wśród nauczycieli są dawcy, ludzie wiecznie obciążeni dodatkową pracą, której jakoś nikt w pokoju nauczycielskim nie chciał ruszyć i nie było chętnych do przygotowania kolejnej akademii - i tacy, którzy ułożyli się z dyrekcją i jakoś aż tyle dodatkowych zadań nie mają. To nie jest środowisko inne niż wszystkie. To środowisko takie jak każde inne. 

Dasz radę to zobaczyć, czy raczej zasłonisz oczy, żeby nie widzieć? Będziesz głuchy na głosy sprzeciwu, które pojawiają się pod kolejnymi, „edukacyjnymi” filmami TVP, gdzie obwód jest mylony ze średnicą, czy może usłyszysz potrzebę społecznej dyskusji nad jakością edukacji w Polsce? Nie wiem, czy panie z lekcji TVP to statystki z castingu czy prawdziwe nauczycielki, ale jeśli choćby jedna z nich uczy w jakiejś szkole - to nie jest dobrze. Ale o tym cicho sza. Przypadkiem nie mów tego na głos. Zatkaj usta i siedź cicho. 

Milcz. 

Japońskie przysłowie: „Nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego” - ma inne znaczenie niż to, które znamy w świecie zachodnim. Wschodnia interpretacja tego przysłowia oznacza -  „Nie szukaj i nie wytykaj błędnych czynów i słów innych ludzi”. Innymi słowy: czynienie dobra zacznij od siebie. Świat zachodni, najprawdopodobniej przez brak w odpowiednim momencie kontekstu kulturowego, utrwalił  inną linię rozumienia zachowania trzech małpek. Jeśli ktoś nie widzi, nie słyszy i nie mówi - oznacza to jego ciche przyzwolenie na złą sytuację, która ma miejsce. Trzy małpki, niczym Trzy Gracje, w świecie zachodnim oznaczają zmowę milczenia i bycie głuchym na argumenty. Mało kto wie, że jest z nimi jeszcze czwarta małpa. Jest istotna, właśnie dlatego, że jej nie ma. A nawet jeśli jej nie ma, to ja wierzę, że jest. A jak się w coś wierzy, to to musi być prawda. 

Czwarta małpa to bierność. 

Czwarta małpa nie robi nic. 

Powstrzymały ją trzy pierwsze. 

A Ty? Dasz się zatrzymać?

#TuSięCzytaWPiątki

 

2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *