fbpx

Już mi niosą suknię z welonem…

wrz. 24, 2021 | #TuSięCzytaWPiątki

 

 

Dzień dobry!

 

Znowu jestem żoną. Obiecywałam sobie, że już nigdy sobie tego nie zrobię. Nie pierwszy raz życie puszcza do mnie oko i mówi: nigdy nie mów nigdy. Od samego rana wszystko było na TAK! Jak dobra wróżba na nową drogę życia. W mojej rodzinie – bardzo katolickiej rodzinie – nikt nie jest przesądny. Nie wierzy się w sny, czarne koty i pechową trzynastkę. (Tę ostatnią zawsze traktowałam na opak jako mega szczęśliwą. Mieszkam przecież pod numerem 13 – caaaaałeeeee życie). Tak więc u mnie w domu przesądy nie znaczą nic i nawet jak ktoś się wyrwał i zaczął przy obiedzie: „śniło mi się dzisiaj, że…”, to prababka Maryjanna ucinała to zawsze krótkim:  „to na pieniądze!”. Do dziś nie wiemy, czy na zarabianie czy wydawanie, choć hasło w rodzinie zostało już na stałe. 

 

No dobra. Powinnam inaczej zacząć. W mojej rodzinie – bardzo katolickiej rodzinie – jest mega przesądnie, tylko nikt się do tego nigdy nie przyzna. Pod wigilijnymi talerzami kładziemy zapakowane w maleńki prezent: łuskę karpia i grosik, podnosimy drobniaki z chodnika i chuchamy na szczęście, kominiarz – wiadomo – guzik, te sprawy. Potem baba w okularach, łysy mężczyzna i szczęście przyklepane. Przed wyjściem z domu trzeba usiąść, a jak ktoś się wrócił po coś (teraz to po maseczkę najczęściej) to trzeba usiąść i nogi podnieść do góry. Nie że pod sufit – po prostu oderwać buty od podłogi. Nad drzwiami garażu wisi podkowa. Tu gdzie mieszkam kiedyś było pogotowie konne – wykopać podkowę z ziemi to jest „na szczęście” – i – „na pieniądze” (mówiła prababka Maryjanna). Więc kiedy obudziłam się w piątek w dniu ślubu i zobaczyłam strugi ulewnego deszczu za oknem wiedziałam, że mama pierwsze, co powie to: „dobry znak”. W mojej rodzinie jak w dniu ślubu leje jak z cebra, oznacza to szczęśliwe i długie małżeństwo. Przeczytaj uważnie co napisałam. W mojej rodzinie. W Twojej może być zupełnie inaczej. 

 

Nie raz i nie dwa pisałam tutaj, że prawdą jest to, w co wierzymy. Nasz twór siatkowaty w mózgu dba o to, by dostarczyć głowie z otoczenia – otoczenia, w którym jest absolutnie wszystko – wyłącznie fakty potwierdzające to z czym wewnętrznie się zgadzamy. Całą resztę zignorujemy. Jeżeli u Ciebie dobrym znakiem w dniu ślubu jest piękna pogoda – to deszcz przyjmiesz ze smutkiem jako zły znak. No ale u mnie to znak najlepszy. Najlepszy z możliwych. Nie koniec na tym. 

 

Urodziłam się w latach 70-tych. Jak ktoś się urodził w PEERELU to miał rodzinę (nawet najdalszą) w Niemczech, albo jakąś choćby ciotkę w Stanach. Na bank. Przynajmniej większość z nas tak miała. Rodzina ta od czasu do czasu przypominała sobie o życiu biednych krewnych, w kraju ogarniętym komuną i podsyłała paczkę. W paczce różnie. Pomarańcze. Ubrania. Czasem i pomarańcze i ubrania, ale zawsze – dolary. Nie były to astronomiczne kwoty. Najczęściej 5, czasami 10 dolarów. Pamiętam, że wystarczało to co najwyżej na paczkę lub dwie ziarnistej Arabiki w Pewexie. Na gumy Donald z historyjkami Kaczora Donalda już nie wystarczało. Tak mi mówiono. Dziś wiem, że to nie była prawda. 

 

Kawa z Pewexu, to nie była zwykła kawa. Mielona nabożnie, parzona z pietyzmem i serwowana wyłącznie w święta jako coś ultra wyjątkowego. Pisząc te słowa patrzę na filiżankę kawy z ekspresu. W zasapanym szlafroku, kapciach i bez dolarów czy stania w kolejce –  podeszłam – nacisnęłam guzik – przeczekałam huczenie mielonych ziaren – przyniosłam kawę do biura. Kiedy zobaczę dno porcelany  – zaraz pójdę po następną. Zero świętości. Zero misterium. Żyjemy w czasach dobrobytu. Każda chwila mogłaby być dla nas świętością. A nie jest. 

 

Dolary były ważne. Nie tylko dlatego, że był to środek płatniczy za niedostępne na co dzień produkty. Dolary były symbolem lepszego świata, obfitości, spełnionych marzeń.  Pięciodolarowy banknot, przysłany raz na jakiś czas, był peerelowską formą relikwii. Relikwia ta była tak istotną, tak ważną w życiu ubogich krewnych ideą, że urastała do rangi Świętego Graala, baśniowej Kropli Wody Życia, czy włosa z głowy olbrzyma zdobytego po tygodniach morderczej wędrówki. A wszystko dlatego, że zdarzało się, że przychodziła paczka ze Stanów, ale dolarów w niej nie było. Dolary to nie był gwarant. Dolary to była nie-co-dzien-ność. Nic dziwnego, że z czasem postrzegane były jako dobry znak a nawet omen. 

 

Pamiętam jak mama z babcią podejmowały decyzję, że tym razem kawy z Pewexu nie będzie. Odkładały papierek – czujesz (?) papierek (!) – z podobizną szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki – w sekretne miejsce i trzymały na specjalną okazję. Specjalna okazja to były chrzciny, komunie, śluby, czyjeś osiemnaste urodziny. Jednorazowe momenty, które uświetniano –  ludzie trzymajcie mnie – papierem wyciętym w prostokąt. Tych pieniędzy nie można było wydawać, rozmieniać, oddawać innym. Były jak amulet i taką pełniły funkcję. Takie mam wspomnienia. 

 

Przez całe dzieciństwo wypominano mi, że podczas chrztu zasikałam śpiochy i wykrochmalony na sztywno bet z koronkowymi falbanami.  (Młodszych czytelników po wiedzę „co to?” odsyłam do rodziców). I nie chodziło wcale o to, że zasikałam darte po nocach pierze!  Choć już to w tamtych czasach było sporym problemem. Pamiętaj nie ma pampersów, nie ma suszarek bębnowych, a rzeczy (w tym becik) z założenia służą nie jednej osobie, ale i kolejnym dzieciom w rodzinie. Tak więc NIE o to zasiurane pierze chodziło, tylko o to, że przy okazji zalałam znajdujące się w moich bawełnianych gaciach pięć dolarów. Te pięć dolarów włożono mi w majty jako wróżbę na dobre i bogate życie. Na chrzcie. W katolickiej rodzinie. 

 

Podczas mojej pracy w radiu przesądami zajmowałam się wiele razy. Kiedy zgromadziłam już wystarczająco dużo materiału dźwiękowego, pokusiłam się nawet o reportaż. Swoją premierę miał 13go w piątek. Jeden z przyjemniejszych momentów w mojej radiowej przygodzie. Jako dziennikarka mogłam pytać o co chciałam, być wszędzie tam, gdzie normalnie nie mogłabym wejść, mogłam dociekać i analizować. Najbardziej poruszająca była dla mnie wizyta w pewnym Urzędzie Stanu Cywilnego, gdzie trafiłam na zafascynowaną tematem przesądów naczelniczkę. To tam i to od niej dowiedziałam się, że lista przesądów ślubnych jest chyba jedną z najdłuższych list na świecie. Coś starego, coś nowego, coś pożyczonego. Kto z nas tęgo nie zna. Kto z nas sam tego nie wcielił w życie na swoim ślubie.

 

Coś niebieskiego i coś różowego – najlepiej na podwiązce (bo noga, blisko wiadomo czego) – żeby były dzieci – przynajmniej dwójka. Chłopiec i dziewczynka. To już mniej znane a jednak wiem, że praktykowane. Podwiązka – stały punkt programu każdej panny młodej.  A to znacie? Pan młody staje w furtce ( w wersji osiedlowej – w drzwiach mieszkania) i robi krok w kierunku panny młodej. Wtedy ona robi krok. I tak do usrania. Kroki coraz mniejsze. Cel jest taki, żeby nie pokazać, że komuś do ślubu było śpieszno. Najczęściej cała zabawa (bo jak o tym inaczej napisać ?) kończy się irytacją pana młodego, który olewa sprawę, macha ręką i szturmem idzie w kierunku panny młodej. Dobrze to ma świadczyć i o nim, i o niej. Ona powściągliwa, on przedsiębiorczy. Masakra nie?

 

Teraz ołtarz i kościół. Jednym z najważniejszych momentów mszy świętej dla osób wierzących, jest moment podniesienia. To ten pierwszy moment, w którym się w kościele klęczy, a ksiądz podnosi kielich i hostię. To wtedy wszyscy wierzący powinni w skupieniu koncentrować się na misterium przemiany chleba w ciało, wina w krew. Nie lada przebiegłością wykaże się jednak ta panna młoda, która podczas podniesienia przykryje swoją suknią buty klęczącego pana młodego. To na znak, że to ona będzie rządzić w małżeństwie.

 

I ostatnie – moim zdaniem najlepsze – kto pierwszy uśnie w noc poślubną, ten pierwszy umrze.

 

„I ludzie w to wierzą?” – pytam urzędniczkę. A ona ze śmiechem mi odpowiada, że tak, że nawet speedy jakieś biorą, wie pani na pobudzenie, żeby dłużej nie spać – kontynuuje. Pamiętam, że byłam w szoku. I prawdę powiedziawszy chyba jej nie uwierzyłam. Przesądy jako twór kulturowy były, są i będą obecne w życiu ludzi. Nic tego nie zmieni, ale przecież muszą mieć jakieś granice? Takim pytaniem kończył się mój reportaż zachęcając tym samym słuchaczy do dyskusji i telefonów do studia.

 

W dniu mojego ślubu ze skrzynki na płocie odbieram odręcznie napisany list od Marty Kaczmarski. Marta to ekspertka Instagrama – już nie raz odsyłałam wszystkich potrzebujących instagramowej wiedzy do Marty, rekomendując jej kursy i szkolenia. Sama przez nie przeszłam – normalnie – za pieniądze. Wtedy się jeszcze nie znałyśmy. Dziś z Martą tworzymy grupę mastermindową. Wymieniamy się doświadczeniami z prowadzenia biznesów online. Więc wyciągam z mokrej skrzynki, zupełnie mokry, odręcznie zaadresowany list. Jakie to sentymentalne, jakie to miłe – myślę. Przecież mogła wysłać smsa, mogła się nagrać na WhatsApp, mogła zadzwonić na Skype. A ona list. Myślę, pewnie karta z życzeniami wszystkiego, co najlepsze. Odkładam szybko na bok w domu, bo podjeżdża poczta kwiatowa i w tych strugach deszczu podaje mi kosz słoneczników „na sto lat słonecznych dni” – to od Agi (naszego nieocenionego wsparcia IT dla obu marek). Dostać słoneczniki na słoneczne dni – w dniu, w którym od rana chmury płaczą – jakież to znaczące. Myślę. Znaki. Znaki. Znaki.

 

Urodziłam się katolickiej rodzinie, w której nie wierzy się w żadne przesądy, a w każdym razie nikt do tego nigdy się nie przyzna. Zapierałam się, że ja taka nie będę. Po reportażu w radiu (miałam wtedy z dwadzieścia lat) obśmiewałam wszystkie drabiny, czarne koty i zakonnice. Kilka lat później najpierw córce, potem synowi wsadziłam w śpiochy po pięć dolarów (i na wszelki wypadek jeszcze po 5 euro). Słabo wsadziłam, bo z tych śpiochów córce wypadły wprost pod nogi księdza, gdy polewał jej główkę święconą wodą, zmazując grzech pierworodny. (Noworodkowi. Grzech. Mam nadzieję, że te kropki mówią więcej niż mogłabym tu napisać. Wróć do akapitu o tym, że prawdą jest wszystko, w co wierzymy. Odpowiada za to twór siatkowaty). Co robię w kościele z tymi dolarami – ja śmiejąca się z panien młodych zarzucających podczas podniesienia suknię na but pana młodego? Przydeptuję. Podnoszę. Chucham. Wciskam w zasrane śpiochy. Ja.

 

Tych dolarów dla moich dzieci nikt już nie przysłał. Sama poszłam do kantoru i kupiłam. Ja. Sama. Ja. Rodzina w Stanach (siłą wieku i zmian politycznych w Polsce) nie przysyła już dewiz, a kult dolarowej relikwii podtrzymywałam przez zapis wzorca, że to ważne. Potem zaprzestałam. Okazało się, że nie ma takich dolarów, które by mnie ochroniły przed konsekwencjami źle podjętych przeze mnie decyzji. Przestałam patrzeć na znaki, wróżby, dobre symbole.  Wiedziałam, że prawdą jest wszystko to, w co wierzymy a ja chyba przestałam wierzyć w cokolwiek. Smutna to była część życia. Potem był zakręt i jest dziś.

 

Życie biorę jakie jest, wszystko traktując jako znak. Jak to mówi Ewelina Stępnicka wierzę głęboko, że życie jest zawsze po naszej stronie, choć może nie być po naszej myśli. Ufam. Zawierzam. Powierzam siebie prowadzeniu.  Podchodzę do ekspresu i robię nam kawę, od której nie dzieli mnie kolejka i dewizy, ale jeden guzik z napisem espresso. Za kilka godzin bierzemy ślub. Otwieram list od Marty Kaczmarski.

Otwieram list, a potem usta i oczy ze zdumienia.

Moja mama lata po domu, kręci głową z niedowierzaniem i bardzo się cieszy. 

 

„Kochana Basiu, w dniu Twojego ślubu przesyłam serdeczności i gratulacje. Przesyłam również symboliczne dolary. Nie wymieniaj, nie wydawaj, tylko trzymaj w portfelu na znak moich życzeń. Żebyście Ty i Tomek od teraz już na zawsze byli szczęśliwi i zawsze mieli dolary przy du… Kochająca Marta”

 

Do małej torebki zabieram ze sobą trzy listy. Ten od Tomka, napisany po naszych pierwszych bardzo poważnych perturbacjach, ten od Marty Kaczmarski i trzeci od kursantki Sylwi Sucheckiej. Napisała go do mnie kilka tygodni wcześniej jako podziękowanie za kurs i za to, jak teraz wygląda jej życie. Te listy to dla mnie symbole. Znaki. Dobre wróżby. Cuda, w które wierzę.  Wiedziałam, co jest w każdym z nich i wiedziałam, że jest to prawdziwe.

 

Zaraz po skromnej ceremonii ślubnej i po obiedzie (jedynie dla rodziców i naszego rodzeństwa) wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy w góry. 

 

 

Zrobiłam wszystko, włącznie z tabletką nasenną, żebym to ja zasnęła pierwsza.

 

 

Ściskam, 

Basia

#TuSięCzytaWPiątki