fbpx

Kiedy docisnąć – kiedy odpocząć?

lt. 26, 2021 | #TuSięCzytaWPiątki

Dzień dobry!

Kiedy czytasz te słowa, obok mnie leży spakowana walizka i kluczyki do samochodu. Uciekam. Nie na długo — na weekend. Przede mną warsztaty jogi i czas tylko dla siebie. Jadę z ludźmi, których nie znam (poza organizatorką), w miejsce, w którym nigdy nie byłam. Jadę, bo postanowiłam coś zmienić. Tym czymś jest w moim przypadku odpoczynek. To jest tekst dla pracoholików. Nie czytaj jeśli nie znasz angażowania się po kokardy, zwrot: „na dzisiaj koniec” brzmi dla Ciebie obco, a na drugie imię masz Relaks.

Multiinstrumentaliści dzielą się na wiele odmian. Jedną z nich jest typ działacza. Tu jest wiele podtypów i podtypiar. Zaliczam się do podtypiar działaczek paranoidalnych. Iskra pomysłu rozpala silny ogień pod kopą suchego siana i zanim pomyślę, zanim się zastanowię, czy warto – robię. Jak każde z naszych zachowań – i to jest jak moneta. Niekwestionowanych profitów płynących z bycia „typiarą działaczką paranoidalną” jest dużo. W wielości rzeczy, które sama na siebie narzucam aby zrobić, jest ogrom tych, które procentują i pchają mnie do przodu. Nie byłabym szefową marketingu gazety z milionowym nakładem (w wieku 28 lat), gdyby towarzyszyła mi charakterystyczna dla milenialsów zasada: byle się nie spocić. Nie byłoby czekoladowego ciasta do kawy w sobotę rano, gdyby imperatyw wewnętrzny (czasami myślę, że to jednak szaleństwo) nie dawał mi siły, by stać w piątek wieczorem w kuchni i robić. Nie byłoby też Ba-Ha-Art, gdybym poprzestała na pracy dla korpo.

No dobrze. Jest miodzio. Czas na drugą stronę tego medalu. Stronę ciemną. Stronę wstydliwą. Stronę, którą wypieram tak długo jak tylko się da – czyli do momentu aż nie padnę na przysłowiowy pysk. A padam. Jak każdy multiinstrumentalista w typie działacza – padam. Leżę, kwiczę, obrażam się na świat i jęczę jak to sił nie mam bez reszty. Wyparcie to jest na tyle silne, że nie wiążę mojego stanu wycieńczenia z Wielką Pardubicką wcześniejszych działań.

Mam takie powiedzenie: jak coś się zdarzy raz – to może być przypadek. Jak coś się zdarza drugi raz – to może być prawo serii. Ale jak coś się dzieje powyżej trzech razy to już jest styl życia. Powiedzenie to pasuje mi do różnych sytuacji. Jak ktoś zrobił dziką awanturę raz – przypadek. Drugi raz – prawo serii. Trzeci i kolejny – wiadomo. Jak ktoś Cię oszukał pierwszy raz… itd. Styl życia w tym przypadku oznacza to, że od trzeciego i kolejnego razu jako dorośli i dojrzali emocjonalnie ludzie mamy już pełną wiedzę, że coś się zdarza. Znamy konsekwencje i wiemy, że jest duże prawdopodobieństwo, że to będzie dziać się nadal.

Naiwnością byłoby myśleć, że po trzech zdradach partner nagle zmieni styl życia. Owszem to się zdarza, ale to przypadek skrajny. Jako ludzie lubimy wierzyć przypadki skrajne i wyjątkowe. To wzmacnia NASZE poczucie wyjątkowości. (Żeby nie było mam tak samo). Jednak obiektywnie rzecz ujmując – nie ma sensu tracić energii na zmianę czynnika zewnętrznego. Człowieka agresora, oszusta, leniwca, złodzieja. Pełna odpowiedzialność za zmianę stanu rzeczy leży nie w usiłowaniu zmiany zachowania innego człowieka np. krzykacza, czy w pomstowaniu na złodziei. Cały wic polega na tym, by samemu zachowywać się tak, by to coś – się już nie zdarzało.

W przypadku osób, które są względem Ciebie agresywne – może oznaczać to, że trzeba wyeliminować je ze swojego otoczenia. W przypadku kradzieży – pilnować torebki jeszcze bardziej niż zwykle, złożyć antywłamaniowe rolety, lepsze zamki, system ochrony. Pomaga tu odarcie się z wyobrażenia o byciu wybrańcem kosmosu. Jak dopuścimy do siebie myśl, że choć jako ludzie jesteśmy wyjątkowi i każdy z nas jest inny, ale jednak zachowujemy się w podobny sposób – dociera do nas, że może to dotyczyć i innych.

Nie zmienisz niczyjego stylu życia. Nie masz na to wpływu. Jedyny wpływ jaki masz – to na siebie. Nie wierz więc w to, że TA awantura była OSTATNIĄ – chyba że awanturujący się, jest właśnie wkładany do trumny, a pracownicy zakładu pogrzebowego „Drugie Życie” – wybacz mi proszę metaforę – przygotowali już grunt pod to, by faktycznie to był ostatni raz.

Wycieńczenie z powodu pracy zdarzyło mi się nie raz, nie dwa, ani nawet nie trzydzieści trzy razy. Wypierać mogłam długo – i wyparcie tego, że mam taki styl życia jest najprzyjemniejszą z przyjemnych czynności jaką znam. Odpowiedzialność jest zawsze czyjaś – nie moja. Można biadolić, żreć czipsy i zalewać się łzami tuż przy wannie na łazienkowym dywaniku. Spróbuj mnie wtedy ruszyć (powodzenia)! Wchodzę w ofiarę jak ta lala i tylko inna świadoma ofiara przyzna mi teraz rację, że jest to, kurde, najprzyjemniejszy stan na świecie. Winni są inni ale nie ja, leżę sobie, co mi zrobisz.

Pewnego dnia wyczerpałam pokłady wyparcia. Wróciłam niby z urlopu (piszę niby, bo wisiałam na komputerze cały czas) i następnego dnia, kiedy miałam iść do pracy – po prostu nie wstałam. Z obawami wlewowymi (spokojnie okazało się, że to „tylko” kręgosłup) leżałam patrząc w sufit i zastanawiałam się, czy to już? Czy to tak się kończy to życie? Nie miałam nawet 40 lat, a refleksje jakie przetaczały się przez moją głowę, miały wagę mądrości stuletniego szamana. Potem wszystko poleciało jak klocki domina. Jest dziś.

Wypracowałam zasadę. Jak jestem trochę zmęczona – dociskam. Jak jestem bardzo zmęczona – odpoczywam. I tego odpoczynku pilnuję jak oka w głowie. Planuję go wpisując w kalendarz. Wpisuję nie tylko dłuższe urlopy. Wpisuję również to, że o 16:00 mam już nie siedzieć w biurze. Ustawiam dzwonek w telefonie na 16:00, a on dryndoli, że to naprawdę koniec dnia pracy. Inaczej bym nie wstała od biurka. Działactwo jest integralną częścią mnie. To dlatego łatwiej mi planować odpoczynek niż związać sobie ręce, by przestać tyle robić. To drugie było by jak gwałt na mojej naturze. A ta jest taka a nie inna. No taka jestem. Taką siebie akceptuję. I takiej sobie chcę pomóc.

Złapałam jeszcze jedną rzecz. Do tej pory odpoczywałam zawsze po dużym wysiłku. Po napisaniu książki. Po sprzedaży kursu. Po opracowaniu gigantycznego planu strategicznego dla kluczowego klienta. Odpoczywałam – a jednak nadal byłam zmęczona. Jakby reset nie następował. Dotarłam do tego, że ja odpoczywam za mało względem tego jak bardzo się urobię, bo intensywność mojej pracy jest wielokrotnie większa niż czas relaksu. Dlatego w tym roku postanowiłam zmienić w tych odpoczynkowych planach jeszcze jedną rzecz. Odpoczywać i resetować się nie tylko PO jakiejś aktywności, ale też i PRZED. To dlatego dzisiaj uciekam. Weeekendowo – joguję.

Od poniedziałku wchodzimy całym zespołem w czas związany ze sprzedażą kursu „Żyj z pasją i z pasji!” – potrzebujemy pełnych akumulatorów i zapasowych baterii, żeby pod koniec nie jechać na rezerwie. Dam Ci znać w kwietniu – czy ten sposób zadziałał.

A ponieważ jestem już mentalnie w nastroju relaks – zamiast akapitów o marketingu wstawiam Ci najnowszy odcinek #W_Kółko_O_Marketingu. Tam też pojawia się powiedzenie: „raz – przypadek, dwa razy – prawo serii, trzy – styl życia”.
Tym razem w kontekście trudnych klientów.

Koniecznie daj mi znać jak u Ciebie z tym odpoczynkiem. Jak to robisz? Jak sobie z tym radzisz? Wychowana w domu działaczy nie znam słowa relaks. Nie mam Wzorka do naśladowania. Z przyjemnością poznam Twój!

#TuSięCzytaWPiątki.

Ściskam, 

 Basia
—-