fbpx

Kościoły InstaNT i ich wyznawcy!

lipiec 14, 2021 | #TuSięCzytaWPiątki

Dzień dobry! 

 

Wakacje nastrajają mnie humanistycznie. Może to luz, na który wrzuciłam. Może to spotkania, które uprawiam niecnie, korzystając z większej ilości czasu. Nie wiem.  Więc dziś będzie humanistycznie bardzo i bardzo ogólnoludzko. Jednak nie czytaj tego felietonu, jeśli nie wierzysz, że wspinamy się po różnych stokach tej samej góry, by osiągnąć ten sam cel, (tylko zupełnie inaczej go nazywamy). Nie czytaj go też, jeżeli wierzysz w „albo – albo”, a Twoje oko nie dostrzega odcieni szarości. Wreszcie odpuść sobie te kilkanaście tysięcy znaków (które przeczytasz w 9 minut) jeśli wierzysz, że prawda jest jedna, właściwa, nienaruszalna, a życie to monolit. 

 

O komunikacji naszych czasów, którą można sprowadzić do jednego stwierdzenia, za które dziękuję Kazikowi. „Mój ból jest większy niż Twój!” I to nawet wtedy, gdy pozornie temu zaprzeczam. No tak dzisiaj się komunikujemy. Zatraciliśmy umiejętność ROZMOWY na rzecz MÓWIENIA, a słowo dialog niedługo będzie dla nas oznaczać jedynie formę zapisu treści w greckiej tragedii. Strasznie mnie to boli. I ten ból naprawdę jest większy niż Twój.

Jestem tego pewna. 

 

Trzydzieści lat temu poznałam pewną Jolę. Była świeżo po studiach i uczyła mnie humanistycznego spojrzenia na świat. Nie w ramach szkoły, ale poza nią. Jola prowadziła w Katowicach zajęcia dla uzdolnionych literacko uczniów szkół średnich. Dostać się do niej było ciężko, a dojeżdżać 50 km w jedną stronę (nawet trzy razy w tygodniu) jeszcze ciężej. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział: w tym tygodniu nie jedziesz – byłaby to dla mnie największa kara za nie popełnione grzechy. (To jak mojemu synowi, dzisiaj, zabrać możliwość robienia zadań z fizyki. Tak. Wiem. Dziwne). No, innymi słowy dla mnie te zajęcia, na których raz omawialiśmy film Bergmana, innym razem poezję Baudelaire a jeszcze innym łączyliśmy wszystko w jedną całość i przechodziliśmy do polskiej szkoły reportażu – te zajęcia były dla mnie wszystkim. To tam nauczono mnie, że nie ma jednej, właściwej interpretacji wiersza,  że oznacza ona za każdym razem to, co Ty czujesz w relacji z tekstem, oraz że jedynym Twoim obowiązkiem jest tę interpretację obronić. Uargumentować. Uzasadnić.

To wtedy się okazywało, że jeden wiersz, jeden film, jeden obraz dla sześciu zebranych przy stole osób mógł oznaczać siedem, a może nawet dwanaście różnych interpretacji. Wszystkie one były dobre. Żadna z nich nie była zła. Bardzo żałuję, że zajęcia te (jak i sposób ich prowadzenia), nie były i nadal nie są obowiązkową częścią podstawy programowej każdej szkoły. To na tych spotkaniach uczyliśmy się kultury dyskusji, zasad wypowiedzi, sposobów argumentacji i otwartości na cudze spojrzenie na dany temat. Myślę, że lekkość, z którą pochodzę do wielu zagadnień w życiu dorosłym, zaszczepiono mi i tam, i wtedy. Naprawdę wierzę, że możemy się wspinać po różnych stokach tej samej góry, by osiągnąć ten sam (choć inaczej definiowany przez nas) cel. I naprawdę wierzę, że nie trzeba przy okazji tego wspinania uprawiać piekła w doniczkach wcale nie kameralnych rozmów, (tylko na forum w mediach społecznościowych), oraz naprawdę wierzę, że odpowiedzialność społeczna infuencerów naszych czasów nie polega na obrzucaniu błotem tych, który myślą inaczej niż oni sami.

 

Polaryzacja poglądów. Dokładnie to zawdzięczamy algorytmowi mediów społecznościowych. Pisałam już o tym w jednym z  poprzednich wpisów, możesz go znaleźć na blogu, a wraz z nim polecany przeze mnie dokument pt: „Dylemat społeczny” (dostępny na Netflix). Pierwszy krok to algorytm. Drugi, to to, co się potem z tym dzieje. A dzieje się tyle, że jesteśmy spolaryzowani pomiędzy X a NIE X – politycznie, religijnie, społecznie. Istnieje tylko A albo NIE A. A pomiędzy A a NIE A jest pusto. Nie ma odcieni szarości, złotego środka, zależności, względności, warunkowań. Co ciekawe, specjaliści dowolnych dziedzin, wypowiadając się dziś w internecie, uwielbiają używać zwrotu „to zależy”, zwłaszcza wtedy, kiedy przychodzi im odpowiedzieć na jakieś pytanie. Zasłona dymna zwrotu „to zależy” pozwala ukryć wiedzę, którą jednak (mimo zapewnień) się nie chcą dzielić bezpłatnie.

 

Poza nawias wyjmę tu tych, którzy zaczynają zdanie od „to zależy”,  a potem rozwijają wypowiedź ubarwiając ją wieloma przykładami. To taka wypowiedź, w której padają zależności:   gdy A to F, gdy G to R, a gdy 123 to najczęściej, choć nie zawsze KLŁM. Gdy tego słuchasz, nie czujesz się jak ostatni cymbał, tylko zaczynasz rozumieć podstawę zależności i możesz coś z tą wiedzą potem zrobić. Tak więc obecnie uwielbia się zwrot „to zależy”, (czyli dopuszcza się pewne warunkowanie), ale tylko na czas rozmowy (wywiadu). Gdy przychodzi do pisania na własnym Fanpage’u czy koncie na Instagramie uderza influencerom woda sodowa nieomylności wraz z zawiesiną 100% (stuprocentowej) pewności prawdy jedynej właściwej, czasami mam wrażenie objawionej. Coś nam się porobiło, ludzie, z tymi naszymi głowami i to porobiło się tak zupełnie na serio. 

 

Folołuję. Obserwuję. Podążam. W praktyce polega to na tym, że oglądam. Lajkuję. Czasami zostawię jakiś komentarz. To ostatnie – coraz rzadziej. Doszliśmy do jakiegoś chorego punktu, w którym influencer i jego społeczność to struktury nieomalże wyznaniowe. Jest „człowiek – kościół” i jego wyznawcy. Wara tym, którzy myślą inaczej, a jeśli Ci się zdarzy być odmiennego zdania, (z)giniesz pod naporem poszczutych na Ciebie najwierniejszych z wiernych psów. W najlepszym przypadku zostaniesz zablokowana_y, żeby nie widzieć czyichś zasobów. Kiedyś, żeby być zablokowanym trzeba było ostro narozrabiać w komentarzach  – dziś wystarczy polajkować czyjś komentarz, z którym nie zgadza się kościołotwórca i już masz zagwarantowanego administracyjnego bana. Dbanie o „czystość środowiska opinii”, kolegowanie się wyłącznie z tymi, którzy kiwają na nasze tezy jak aniołki w szopce bożonarodzeniowej, oraz negowanie absolutnie wszystkiego, co nie popiera instakościelnych tez to teraz influencerskie: „must have”. Momentami mnie to przeraża. Momentami śmieszy. Częściej jednak martwi. 

 

Kiedy kobiety wyszły na ulicę (w obronie wolności i samostanowienia) chodziło o to, by pewna grupa ludzi, która wierzy i wyznaje określone wartości, nie dyktowała innym własnego światopoglądu. Chodziło nam o wolność, o wybór, o autonomię. No w każdym razie mnie się tak wydawało, że o to chodzi. Wszystkie te wzniosłe hasła z transparentów i ta Anuszka, co rozlała już olej, wszystko to miało na celu wykrzyczenie, że nie wolno narzucać innym własnej wizji życia i świata. Nikt nie namawiał, by ktokolwiek rezygnował ze swoich wartości. Chodziło o to, by Ci/TE, które tych wartości nie podzielają, mogły iść w swoją stronę w myśl własnych ścieżek światopoglądowych. Ci sami ludzie, którzy tak chętnie wstawiali foty z kolejnego marszu kobiet – dziś banują na swoich fanpage’ach wszystkich, którzy myślą inaczej niż oni sami. Wszystkich, którzy nie wierzą w to samo zmartwychwstanie i wniebowstąpienie. Dwa ostatnie jako metafora dowolnej tezy ideologicznej z życiem zero/less warte włącznie. 

 

Wyznawcy i wyznawczynie rozwoju osobistego – obśmiewają ludzi, którzy nic ze sobą nie robią. (A może oni tak chcą? Może to ich wybór? Może to właśnie ich wartości. Nic.Ze.Sobą.Nie.Robić? Bo matka była wieczną warsztatowiczką i fanką rozwoju, do tego stopnia, że nie zauważała własnych dzieci?) 

 

Wyznawczynie i wyznawcy pieczenia chleba wyszydzają tych, którzy kupują gotowe w Lidlu. Nieeee. Nie bezpośrednio. Po prostu krytykują marketowe, głęboko mrożone produkty, podkreślając ich szkodliwość, a gdy w komentarzu pojawi się hasło: „straszny syf i ludzie to jedzą” – wchodzą w dyskusję tylko z tymi osobami, które popierają ten komentarz. Inna głosy – ignorują.  (A może ci gotowochlebowicze ryją z przemęczenia nosem po ziemi i nie mają mentalnie szans na upieczenie własnego chleba? 

 

Kiedy coś takiego wpadnie im w oko – czują się tak jak pewna kobieta. Matka trójki dzieci, która lubi piec, gotować, siedzieć w domu i wychowywać, bo na przykład sama tego nie dostała, i teraz to dla niej ważne. Ale ona czuje się jak ten od tego chleba, gdy tylko sama wejdzie na fanpage wyznawczyń i wyznawców kobiet samodzielnych prezesek zarządu. Czuje się słabo, bo tam nazywają takie jak ona kurami domowymi. (A może ona tego chce i to jej ultra wartości?) 

 

Wyznawcy i wyznawczynie rozwoju duchowego mają za ciemniaków z ciasnymi umysłami wszystkich tych, którzy wierzą i uznają medycynę akademicką, szczepią się i leczą się u internisty. Nie wierzysz? Wczytaj się w ton grup na Facebooku czy większych kont na Instagramie. (A może to ich wartości? Ich wybór? Ich potrzeba? Może nie wszyscy musimy wierzyć w to samo i iść w tym samym kierunku?)

 

Nie koniec na tym. Wyznawcy i wyznawczynie szczepionek, postępu i nauki – plują na osoby, które w tym temacie mają wątpliwości, nazywają ich foliarzami, płasokoziemcami, zwolennikami Ziemby. A przecież są to osoby, które w coś wierzą. To w co wierzą jest dla tych osób ważne i wartościowe. Gdybyśmy tak buddystów czy katolików zaczęli mieszać z błotem, nazywając ich w jakiś pejoratywny sposób, no myślę, że byłoby grubo.

 

Nawet tam, gdzie środowisko wydaje się spójne myślowo – okazuje się, że to jedynie pozory. Na potrzeby jednego z moich klientów, astrologa, przygotowywałam analizę konkurencji w celu zbudowania drzewa produktowego. Okazuje się, że sektor zwolenników uchlewania się witaminą C, sektor ezoterycznej braci, uprawia z rozkoszą czarny PR względem siebie, rypiąc równo konkurentów (czasami nawet z imienia i nazwiska) na swoich YouTubowych kanałach. 

 

To wtedy zaczęłam sprawdzać, jak to się ma do środowiska Instagramowych Influencerów, a tam….? Tam jest dokładnie tak samo. Jeśli choć trochę w tym siedzisz i umiesz czytać między wierszami, z łatwością zobaczysz rąbankę różnych instakościołów przeciwko sobie. 

 

Wygląda to tak. Z samego rana wstawia post Halina_z_Lublina, bo poprzedniego dnia wieczorem nie spodobało jej się, jak Opalona_Ilona w swoich relacjach powiedziała, że cieszy się, że nigdy nie odpuszcza z myciem szyb, jak nasrają jej na nie muchy. (Na stronie dodam, że chodziło o satysfakcję z czystych okien). Opalona_Ilona chwali samozaparcie, determinację i wysiłek, oraz podkreśla to jak bardzo się jej tego nie chciało robić, ale choćby do krwi ostatniej kropli z żył – umyła. To wtedy Halina_z_Lublina pruje w relacjach, że ona już jest PO takiej fali przymusu i jak muchy chcą srać, to niech srają, świat się nie zawali, a to wszystko dzięki terapii, która zmieniła jej życie, więc skoro ktoś dalej myje obsrane okna, to musi być nieszczęśliwy i mieć meeeeegaaaaa problem.  To wtedy Opalona_Ilona choć to dopiero 10:00 wstawia czarno – białą fotę charakterystyczną dla wpisów, kiedy ktoś umarł i pisze w tym poście tylko jeden wyraz. 

Jeden jedyny.

Źle.

 

To wtedy Instakościół rusza do akcji i ma swoją mszę. (A biorąc pod uwagę jak to wygląda, od teraz będę go nazywać kościołem instaNT).

Etap pierwszy to okadzanie komplementami: kochana, jesteś wspaniała! Następnie śpiewane są psalmy przyszłości: zobaczysz, jeszcze będzie lepiej! Całość kończą akty wiary: wierzę, że odzyskasz formę! Uroczystość dopełnia odczynianie uroków i klątw (niekoniecznie rzuconych) i oddalanie złych życzeń w przestrzeń kosmiczną: inni niech sobie w dupę wsadzą swoje rady – czyste okna to podstawa! – tu tysiąc lajków.

 

 W opozycyjnym kościele właśnie odprawia się to samo nabożeństwo, bo na relacje wjechała informacja o tym, że Halina_z_Lublina została już teraz publicznie zaatakowana, a ona tylko wyrażała swoje zdanie, do czego ma święte (nomen omen) prawo. Jak ktoś chce myć okna niech myje! Jego problem! Co za czasy! Słowem się odezwać nie można! 

 

//Chór na stronie//: „nie można, tak, tak, nie można, nie można, nie, nie, już słowem nie można odezwać się!” 

Chyba zacznę pisać dramaty z podziałem na role. 

 

To jest ten moment, kiedy na scenę wjeżdżają inne pomniejsze instant kościoły. Dzieje się to minimum dzień po, a podstawą takiego działania jest paląca wręcz chęć wzięcia udziału w ogólnospołecznej (jak się okazuje) dyskusji na temat: much, srania i mycia okien. Innymi słowy – czego się nie robi, żeby się podpiąć pod zajebiste zasięgi? To wtedy widzisz na wielu obserwowanych przez siebie kontach temat przewodni: „myć czy nie myć, kiedy srają” – zakończony zawsze zachęceniem do odważnej dyskusji: „daj znać w komentarzu, jak to jest u Ciebie?! 

 

Tymczasem Opalona_Ilona – bohaterka naszego wczoraj – dziś pisze post: Dzięki kochani za wsparcie! Jesteście super! Gdybyście chcieli kupić dobry płyn do mycia szyb, to w komentarzu podaję Wam KOD rabatowy. Tak się składa, że od lat myję te moje okna jedynie płynem marki „ObsraStop”. Jest genialny! W relacjach możecie zobaczyć efekty!  Nie próżnuje też Halina_z_Lublina. U niej z kolei rozpoczęła się akcja promocyjna kobiecego wypoczynku „Przestań sprzątać – zacznij żyć!” połączonego z mini sesjami terapeutycznymi i oczyszczaniem jelit. A wierni wyznawcy biegną kupić. Czują się wyróżnieni. Nagrodzeni. Docenieni. Wybrani. No i to okazja. Kochani w ogóle tego nie planowałam ! Akcja kończy się już o zachodzie słońca! 

W sumie jest to logiczne, po zmroku muchy nie srają. 

Modlitwy w komentarzach to zaangażowanie. Gdy uda się je wywołać, zawsze wjeżdża sprzedaż, która jest większa niż zazwyczaj,  bo do podgrzanego klienta sprzedaje się łatwiej i więcej. Podgrzanie może być podgrzaniem produktowym – budujesz wiedzę i zaangażowanie na temat produktu i dopiero sprzedajesz – albo podgrzewać możesz emocjami, by wywołać mechanizm, który ja prywatnie nazywam mechanizmem Krawczyka (świeć panie nad jego duszą). Chodzi o zachowanie w stylu: „za tobą pójdę jak na bal, nie obejrzę się, nic mnie nie zatrzyma, nie zatrzyma mnie! Niczego mi nie będzie żal….”. Niczego. Nawet pieniędzy! Tak się sprzedaje skuteczniej i więcej i zdecydowanie szybciej niż wtedy, gdy piszesz w poście: „cześć podpisałam współpracę, wzięłam za to pieniądze i teraz zależy mi na tym, żebyście kupili jak najwięcej płynu „ObsraStop”, bo będę miała bonus, przedłużoną umowę na kwartał i więcej pieniędzy.  

Ja tego ludzie nie rozumiem. Coś gdzieś poszło nie tak. 

Taka historia. Wyobraź sobie, że pani z warzywniaka robi aferę na całą ulicę, przy której jest jej sklep.  Na całą ulicę i jeszcze kawałek miasta, bo ludzie przecież o tym gadają.  I ta afera jest, dlatego że pani z kosmetycznego sześć przecznic dalej, wieczorem wychodząc z pracy, powiedziała przechodniom i klientom jej sklepu, że już padała na pysk, ale jeszcze umyła witrynę.  I gdyby każda z tych kobiet do tej akcji przeżywania, co ktoś na ich temat powiedział, zaangażowała duży % przechodniów, by oni to opiniowali, poklepywali po plecach, decydowali czy to dobrze, czy źle i kto ma rację –  to już byłoby słabo, prawda? Ale podkręćmy śrubkę suspensu. Następnego dnia w warzywniaku wjechałyby na promocji pomidory do obrzucania szyb, żeby sobie psychicznie ulżyć— a w kosmetycznym płyny do mycia okien „Czysta Witryna”. No, gdyby tak się stało, to mam wrażenie, że niejeden z nas stałby na tej ulicy i niedowierzaniem kręcił głową, że to jest k*rwa niemożliwe a w ogóle, to dramat. Z daleka czulibyśmy, że coś śmierdzi i bez dwóch zdań wiedzielibyśmy, że jesteśmy jako klienci i przechodnie zrobieni w ch*ja. To, co umiemy bezsprzecznie zauważyć w realu, umyka naszej spostrzegawczości w sieci.

 

Jednym z charakterystycznych dla nas ludzi zachowań jest „owczy pęd” naukowo nazywany „efektem owczego pędu”. Zjawisko to jest bardzo często wykorzystywane przez marketingowców w celu podbicia słupków sprzedaży. Jako ludzie jesteśmy bezsilni wobec naszych wewnętrznych potrzeb ogromnej chęci przynależenia do grupy.  Robimy to, co tłum, bo w ten sposób czujemy się społecznie zintegrowani. Pod wpływem grupy zmieniamy zdanie, nawet wtedy, gdy wiemy, że grupa się myli. I pod wpływem działania grupy kupujemy. To ten moment, kiedy kupujemy jakąś książkę nie dlatego, że jesteśmy nią żywo zainteresowani, ale dlatego, że inni ją kupili i inni o niej mówią. Od tego już tylko krok do „syndromu grupowego myślenia”. W każdej wirtualnej społeczności jest autocenzura. W każdej.

Wiele lat temu obserwowałam fora internetowe, w tym forum Allegro (pamięta to ktoś jeszcze?), następnie blogi, dziś konta na Instagramie, YouTubie i Facebooku. Mechanika tych społeczności jest taka sama. To takie małe wsie, z kolorytem lokalnym i z lokalnymi zależnościami. Wszystko przypomina rozmowy między Panem, Wójtem a Plebanem i niezależnie od ilości mieszkańców każdy wie, kto jest kim, co wolno, a czego absolutnie nie wolno na wsi – powiedzieć i zrobić. (No, chyba że jesteś tu przypadkiem. Takim przechodniem przypadkowym na ulicy a nie klientem/obserwatorem. Wtedy łamiesz schemat, piszesz komentarz, a kościół instant odprawi nad Tobą egzorcyzmy. Nawet jeśli wtedy wśród wiernych zaczyna się uruchamiać myślenie, że „obcy” miał rację, tzw. Groupthink (lub wg innych źródeł Groupthinking) bierze górę podpalone przez efekt owczego pędu. W takich czasach szanowni żyjemy.

 

To pisałam ja –  była wyznawczyni „eko kościoła less i zero waste”. Wymagania tej wiary przerosły moje możliwości zdrowego rozsądku a pobudzane non stop wyrzuty sumienia z tytułu używania folii, i nie wycinania tłustej plamy z kartonu po pizzy, zabiły we mnie radość segregowania śmieci. Nadal to robię, ale niesmak został i entuzjazm też już nie ten. Za każdym razem kiedy wyrzucam „do papieru” wspomniany karton – przypomina mi się zjadliwy komentarz osoby, która miała swoje zdanie na temat leniwych, którzy zamawiają zamiast robić samodzielnie. (A mnie się wydawało, że wspieram restauracje…)

 

To pisałam ja –  gotowochlebowa konsumentka Lidla, bo tak już w moim życiu jest, że nie wyhodowałam żadnego zakwasu bez konieczności ewakuacji z kuchni, spokrewnionej ze mną ludności. I gdyby nie wczesna interwencja TeŻeta, następny wybuch supernowej miałby początki w Olkuszu. Nie. Nie podsyłajcie cudownego przepisu na zakwas. Mam cudowną Bratową, która taki robi. Nie zmienia to faktu, że u niej sprężysty bochenek pachnącego chleba, w moim wydaniu, na tym samym zakwasie, to stabilny stoper do drzwi od garażu. Jeśli nadal czytasz, to wyobraź sobie, że gdy piszę taki tekst – nie ma mnie na tym świecie. Jestem cała w tym tekście. Zapominam więc o tym, by znów zarobić bochenek, by wytworzyły się w nim zdrowe wiązania glutenowe. Wybieram więc gotowe z Lidla. Nie biczuj. Nie żałuj. Nie zbawiaj mnie swoją wiarą. Obśmiej to jak ja sama śmieję się z siebie.

 

To pisałam ja. Wierząca w naukę i szczepienia, zaszczepiona dwoma dawkami Moderny, badaczka rynku z kompletem danych w głowie dotyczących efektu placebo. To mi nie pozwala ignorować tego, że są na tym świecie rzeczy, których się nie śniło… i jako ludzie naprawdę jeszcze mało wiemy. To mi nie pozwala agitować za szczepionkami, nie dlatego, że w nie nie wierzę, (polio i czarną ospę wyeliminowaliśmy właśnie dzięki szczepionkom, więc wierzę) ale dlatego, że wiem, że pomyłki się zdarzają. Osiemdziesiąt lat temu na depresję zaordynowano by mi lobotomię (takie wbicie szpikulca do kruszenia lodu w oczodół, a następnie przejechanie nim po łuku w celu uszkodzenia płata czołowego). Jej wynalazcą był człowiek, który dostał Nobla, więc umówmy się, on nie mógł się mylić, prawda?

 

To pisałam ja zwolenniczka kościoła grup kontrolnych i fascynatka odmienności. Hej ludzie stwórzmy osobne ośrodki zdrowia dla tych, którzy nie chcą się szczepić, chcą rodzić w domu i nie ufają medycynie akademickiej. No dobra, system tego nie wytrzyma. To zróbmy to, choć w większych miastach, ale zróbmy. Po jednym. Dla chętnych. Niech za to sami płacą w swoim eksperymentalnym systemie ZUS, ale niech mają wybór.  No wiem, trudno. To na początek chociaż jeden, w Warszawie, co? Dajmy ludziom wybór, a sobie dajmy czas na wnioskowanie. Sprawdźmy po dwóch, trzech, pięciu dekadach jak długo żyją niezaszczepieni, czy są zdrowsi, mądrzejsi i na co ostatecznie umierają i jak? Czy odchodzą w domach, cicho, oddając ostatnie tchnienie? Zróbmy różność. Przecież po to wyszliśmy na ulicę. Wyszliśmy po wolność. Więc zróbmy sobie różność. Miejmy dane do dyskusji. Miejmy grupę kontrolną. Rozmawiajmy obserwując się z ciekawością. Usłyszmy głos ludzi takich jak my tylko z innymi poglądami. Otwórzmy się na inne, bo aktualnie tworzymy światopoglądowe getta. Getta,  w których nikt nas nie zamyka. Robimy to sobie sami. 

 

Uwaga wprowadzam zaangażowanie. Szanowni! Teraz głosujemy!  Kto z czytających uważa, że tak, kto uważa, że nie? 

 

Tak wiem. 

 

Wszyscy nadal śpiewają w głowie Krawczyka. 

Ściskam Cię !

 

Basia

 

#TuSięCzytaWPiątki

 

Ps. Czekam na Twój komentarz!

 

 

 

Kategoria:
Kategoria: