fbpx

Trudny dzień. Trudni ludzie.

Maj 21, 2021 | #TuSięCzytaWPiątki

Dzień dobry. 

 

Piątek. W końcu piątek. Po trudnym dla mnie tygodniu i chyba ekstremalnie trudnym czwartku w końcu dobiegłam do piątku. Nie chodzi o pracę. Nie świętuję piątków ze względu na to, że kończy się tydzień zwany roboczym. U mnie piątek, piąteczek, piątunio oznacza jedynie to, że zmieniam rytm, a jeśli tydzień wyglądał jak ten obecny, to piątek jest dla mnie jak Sylwester, a sobota jak Nowy Rok. Taki rytuał, że coś słabego się kończy i tu oto jest szansa, że zacznie się coś lepszego. Coś w guście: ok, było trudno, ale mamy nowe rozdanie. I to rozdanie jest dziś. W zasadzie to rozdanie zaczęło się wczoraj. Podczas wieczornej kolacji moja córka powiedziała na głos, że jest ze mnie dumna.

 

Kiedy „już za chwilę osiemnastolatka” mówi głośno, że jest dumna z matki, to albo chce coś tym sobie załatwić, albo świat się skończył i trąby anielskie ogłaszają właśnie początek zbawienia poprzez oświecenie. Zapomniałam już o czasie, kiedy to kilkuletnie rączki rzucały się na moją szyję z błogim „mamuniu kocham Cię”, lub „mamuniu, jaka ty jesteś mądra”, „mamuniu, jaka ty jesteś piękna”, „mamuniu ty to wszystko potrafisz”. Przywykłam natomiast do czasu, w którym średnio się znam na czymkolwiek, a już na pewno nie na polityce, relacjach międzyludzkich, sprzątaniu i ekologii.  W to ostatnie zresztą to ja się znam najmniej. Jak więc słyszę, że latorośl jest ze mnie dumna, jak każda rasowa matka, włączam czujnik ruchu i widzenie peryferyjne zupełnie tak jak włączałam go wtedy, gdy w dziecięcym pokoju, dekadę temu zapadała złowróżbna cisza. Bo cisza w dziecięcym pokoju zawsze jest i wymowna, i znacząca, i zazwyczaj wymaga później długiego sprzątania albo wizyty na SORze.

 

Moja „już za chwilę osiemnastoletnia” córka, rozwinęła temat opowiadając historię całego dnia, w którym waliło się na moją głowę masę nieprzyjemnych spraw i rzeczy. Opowieść tę kończy tym, co wydarzyło się tuż przed 20:00, czyli streszcza prawie nasz wypadek samochodowy. Prawie – bo do wypadku nie doszło.  Przed kraksą uratowało nas tylko to, że jechałam drogą, którą znam i wiem, że w tym miejscu lubi być groźnie oraz to, że całą sobą w tym miejscu jestem na lusterku wstecznym. W skrócie – auto za nami jechało zbyt szybko. Wyhamowałam do zera i zjechałam na lewy pas, unikając wbicia się drugiego auta w nasz bok. Błąd popełnił kierowca auta za nami. Rozkojarzenie, koniec dnia, zmęczenie, może niekorzystny biomet. No cokolwiek – zdarza się – a rolą nas, kierowców jest zachowanie ostrożności i ograniczonego zaufania do innych na drodze. Stoję więc, a właściwie siedzę w tym naszym aucie, a obok z piskiem zatrzymuje się ten drugi samochód. Siedząca w nim kierowniczka, na oko z 15 lat starsza ode mnie, drze się niemiłosiernie, pukając w czoło, gestykuluje z dużą ilością użycia środkowego palca, nazywanego przez młodzież „fucking finger”. Z ruchu warg odczytuję ogromną ilość słów postrzeganych jako dalece nieparlamentarne, a z ilości śliny na szybie wnioskuję uniesienie wewnętrzne zdecydowanie powyżej przeciętnego. To ona się zagapiła. To ja ochroniłam nas obie przed kraksą. To ona się drze, uzmysławiając mi, że wszystko to moja wina.

„I wtedy mama z tym swoim uśmiechem patrzyła na tę panią prosto w jej oczy i nawet nie drgnęła” – kończy opowieść córka – „mamo jestem z ciebie dumna, zachowałaś się jak lider”.

 

Zachowałam się tak, bo to jedyne moje zachowanie, które mam na stałe wbudowane w oprogramowanie mojego mózgu, kiedy się boję. Coś pomiędzy martwym oposem a uprzejmym i wytresowanym pudlem.  Coś pomiędzy „odejdź ode mnie” kotem a papugą w sklepie zoologicznym, która przekrzywia głowę i patrzy. I idę o zakład, że kiedy tak przekrzywia i patrzy, to myśli po hiszpańsku Que? Co?
Moja „już za chwilę osiemnastoletnia córka” widziała w tym siłę i opanowanie a ja rozpacz i strach przed ludźmi. Wykorzystałam tę historię, żeby pogadać z dziećmi – tak to jedna z tych kolacji, kiedy matka włącza nawijkę zachęcającą do dyskusji akademickich, o których oni jeszcze nie mają pojęcia, ale już je uprawiają z nami przy stole. Zaczęłam się głośno zastanawiać, kiedy to się dzieje, kiedy nadchodzi ten moment, i dlaczego on w ogóle nadchodzi, że zaczynamy zachowywać się jak ta pani.

 

Prowadzimy bardzo otwarty dom. W pokojach dzieci przesiadują rówieśnicy, którzy są u nas zawsze mile widziani. Normą jest/są „cudze dziecko/dzieci” na obiedzie czy kolacji. Lubimy patrzeć na to, jak rosną, rozwijają się, zmieniają. Przekształcają się z małych przedszkolnych pączków w piękne i mądre kobiety przygotowujące się do matury. Z szybkich jak porshe pędziwiatrów z piegami na nosie w smukłych nastolatków, z którymi można już zamienić kilka mądrych zdań nie tylko budowaniu wieży w Mincraft’cie. Bardzo lubię znajomych moich dzieci. Te relacje się oczywiście zmieniają, nie wszyscy przedszkolni towarzysze dotrwali w przyjaźniach do liceum, ale wszyscy, którzy odwiedzają nasz dom to przemiłe, mądre, rezolutne dusze z różnych domów i rodzin. I ja wczoraj zadaję głośno pytanie, KIEDY TO SIĘ DZIEJE, kiedy z tym fajnych dzieci – nastolatków – ludzi – wyrastają kobiety, które drą się na panią pedagog w poczekalni Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. To przygoda z wczoraj, godzina 8:00 – było mi wstyd, kiedy tego słuchałam, a nie dało się nie słyszeć, bo ta drąca się kobieta potrzebowała być widziana i słyszana w promieniu 100 km.

 

Kiedy z tych rezolutnych, grzecznych chłopców (i na skutek czego) wyrastają kurwujący na cały regulator mężczyźni, którzy zastraszają leżącego na asfalcie starszego pana z rozbitą głową.Przygoda z wczoraj, godzina 16:00 – około 30/40- letni mężczyzna potrącił samochodem rowerzystę, starszego pana. Karetkę wezwali przechodnie, nie ten, który potrącił. Ten, który potrącił darł się i wyzywał i groził, że monitoring, że jeszcze popamięta, że się ciul nie wypłaci. Bałam się. Cała w środku się bałam, jakby ktoś krzyczał na mnie. Ten pan na rowerze to mógł być mój tata. Albo Twój. Pewnie też się bał. 

 

Kiedy to się dzieje, że z tych fajnych psiapsi, co to wylewają łzy przy naszym kuchennym stole, bo chłopak rzucił jak gorący kartofel świeżo wyjęty z ogniska, no rzucił na maksa i teraz chodzi z Zuzką, z maturalnej klasy – kiedy ???? wyrastają babsztyle, wpychające Ci wózek w pupę, nie mogąc się doczekać przy kasie na swoją kolej do wykładania zakupów na taśmę. A taśma, jak wiemy, jest ograniczonej długości.  Jeśli wykładam coś na nią ja – to czyjeś zakupy już się na niej nie zmieszczą. Przygoda z wczoraj godzina 14:00 – Lidl – dziś już wiem, że na prawym pośladku i udzie skutkiem uporczywego walenia mnie wózkiem, mam gigantycznej wielkości sińce i taki ból, że z biegania dzisiaj to raczej nici. Do tego mam wspomnienia stękania, sapania, popędzania i głośnego komentowania mnie ogarniającej zakupy, że muszę być niedoruchana, że tak wolno mi idzie. To ostatnie wywołało zresztą uśmiech na twarzach wielu osób w kasach obok. A ja tylko czekałam, aż ta pani przede mną, kobieta w zaawansowanej ciąży skończy wykładać swoje zakupy. Ona też usłyszała o dzieciorobach i 500+, było z nią jeszcze 3 małych dzieci i nikogo do pomocy. Znam wiele kobiet z czwórką a nawet piątką dzieci – są wykształcone, prowadzą firmy, nie potrzebują zasiłku – ale dziś będą wrzucane do jednego worka przy kasie w Lidlu z tymi, którzy nie mają innego pomysłu na życie jak tylko życie z zasiłku. 

 

Kiedy to się dzieje? Kiedy się dzieje ta zmiana, gdy z koleżanki, która wspiera i pomaga, z koleżanki którą i Ty wspierasz i pomagasz w jej biznesie – nagle przed Tobą wyrasta człowiek, który z Tobą nie rozmawia, niosąc w sobie jakieś żale, bo raz powiedziałaś stop. Raz stanęłaś po swojej stronie. Przygoda z wczoraj 12:00 – usiłuję się włączyć do ruchu w miejscu totalnego korka. To takie miejsce w małym mieście, gdzie wszyscy jeżdżą zawsze na zasuwak. Tylko tak możemy nadać jakąkolwiek płynność w tym ruchu ulicznym. Ruchu, który tu jednak stoi. Przychodzi moja zasuwkowa kolej, ale ona nadjeżdża i widząc mnie – widzi, bo przecież patrzy na mnie – ja mówię cześć a ona jak zawsze nie odpowiada – blokuje mi włączenie do ruchu sama stojąc nadal w korku. Niczego tym nie zyskała. Utrwaliła w sobie tylko ten zacisk. A we mnie utrwaliła niechęć do wchodzenia w relacje. Kilka lat wspólnego marszu przekreślone przez jedną rzecz. Możesz teraz domniemywać, że to mogła być jakaś gruba sprawa ważna dla tej osoby, a ja to umniejszam, żeby się wybielać. Pewnego dnia poprosiłam ją, żeby nie obgadywała przy mnie innych ludzi, których znam i ich lubię. To jest ta wielka rzecz, przez którą, gdy mówię cześć – dostaję zawsze plaskacza milczeniem w policzek. 

 

Kiedy to się zmienia w ludziach?

 

Kiedy z fajnego rzutkiego nastolatka, który to chce pomagać, a w wypracowaniach na języku polskim opisuje idealistyczne ścieżki zachowań bohaterów z lektur, kiedy ??? pytam się kiedy ???? z tego naprawdę dobrego człowieka rodzi się furiat, który niszczy swoimi komentarzami towarzyszącą mu w poczekalni gabinetu lekarskiego żonę. Przygoda z wczoraj, godzina 19:00.  Kobieta co chwilę jest rypana jakimś ciętym tekstem.  Gdy ona patrzy na niego wymownie, on oczywiście dodaje to sakramentalne, „no przecież żartuję, to żart był, na żartach się nie znasz? Po godzinie takich dołujących tekstów wszyscy już są zmęczeni i mają dość – nie tylko czekaniem na wizytę u lekarza, ale i tym człowiekiem. W końcu ktoś się odzywa i prosi natręta, żeby już dał tej żonie spokój. I wtedy klasyk – żona odpala pocisk ziemia powietrze i staje w obronie męża-kata każąc (paradoksalnie swojemu wybawcy) iść tam, gdzie wzrok nie sięga. Nie mogła inaczej – gdyby się zachowała inaczej, w domu byłaby kara. 

 

Ten czwartek to był trudny dla mnie dzień. Zasypiałam z tymi wszystkimi historiami poruszona dumą mojej „już za chwilę osiemnastoletniej” córki – dumą z zachowania, które dla mnie oznacza strach i stupor. Nie wiem, jak mogłabym się zachować inaczej? Nie wiem, jakie zachowanie mogłoby być inne, lepsze? Nie wiem, czy ktoś w ogóle wie? Może trzeba było inaczej – tak jak tamci – oni? Gdybym weszła w krzyki i awanturę tak jak ta plującą się kobieta w samochodzie – pokazałabym siłę. Gdybym nawtykała temu mężowi w poczekalni – pokazałabym siłę. Gdybym spacyfikowała wrzeszcząca babkę w poradni psychologiczno – pedagogicznej, pokazałabym siłę. A ja z martwicą w tym moim spokojnym półuśmiechu mam tylko jeden cel – przetrwać. I tak z tym idę od wczoraj, chociaż moja „już za chwilę osiemnastoletnia” córka powiedziała na końcu do syna – „mama pokazała, że ma moc!”. Nie uspokoiło mnie to w moich pytaniach. 

 

Analogiczne historie przeżywam w kontaktach biznesowych. Ludzie z tych fajnych i raczej tych z ideałami zamieniają się w głodne krwi rekiny (niekoniecznie dużego biznesu). Pamiętam wspólne studia marketingowe albo jakieś kolejne certyfikaty badawcze. Poznawane przez nas narzędzia marketingowe i ich moc oddziaływania były dla nas niejednokrotnie przerażające. Gadaliśmy wtedy podczas przerwy na obiad, że tym a z tym to trzeba ostrożnie. Że to a to może być nieetyczne. Że taki a taki zabieg, choć służący wzrostowi sprzedaży,  odbywa się kosztem nieświadomego odbiorcy. Z pytaniami tymi zwróciliśmy się do jednego z wykładowców – praktyka, właściciela dwóch sporych firm – dziś mojego wieloletniego branżowego przyjaciela. Powiedział nam wtedy, że zasada jest taka, jeżeli coś robisz w marketingu i możesz to ogłosić wszem i wobec, jeżeli możesz na pierwszej stronie Gazety Wyborczej o tym napisać (to były jeszcze czasy Wyborczej – internet był w powijakach) – zrobiliśmy to i to, tak i tak – i wiesz, że nie wywoła to fali oburzenia klientów – to znaczy, że to narzędzie jest etyczne. Trzymam się tego w mojej pracy od blisko 20 lat. Kiedy mam wątpliwości, zadaję sobie pytanie, czy mogłabym napisać ogłoszenie o tym, co właśnie marketingowo zrobiłam, nie obawiając się utraty klientów. Jeśli tak – robię to. Jeśli nie – rezygnuje z pomysłu. 

 

Od 2 lat jestem w 100% w rynku online – bez umów korporacyjnych – tylko na własnej sprzedaży, wyłącznie własnych produktów. Od 2 lat szukam partnerów do współpracy – do wspólnych rozmów, wywiadów, LIVE’ów. Znajomości w sieci to ja mam wiele – w tym część to moi koledzy po fachu znani jeszcze z rzeczywistości w realu. Pukam, pytam, piszę maile, dzwonię. Roztrzaskuję się o „Basia, nie jest nam po drodze”, „Basia, fajny pomysł oddzwonię” (wiadomo, jak jest), „Basia, widziałem ostatni odcinek na YT, nie dogadamy się”. Wiem, że to ich święte prawo mówić mi: nie. I nie byłabym sobą, gdybym na tym nie poprzestała. Dopytuję, o co chodzi. No i chodzi o to, że mówiąc i pisząc o tej etyce – odsłaniam ich warsztat. Współpraca ze mną i z moimi treściami zaniżyłaby sprzedaż tych, do których się zwróciłam z zapytaniem o współpracę. Gdyby ktoś z ich społeczności zaczął słuchać tego, co ja mówię – zrozumiałby, że jest nabijany w butelkę – uruchomiłby myślenie i wycofał portfel z pieniędzmi. Ale ja się nie poddaję. Pytam, gadam, powołuję się na wspólne rozmowy na ławce podczas studiów i certyfikatów. Przywołuje to nasze „tu trzeba ostrożnie i z wyczuciem” – odpowiada mi perlisty śmiech, cisza w słuchawce lub, „nie mogę już dłużej rozmawiać”, a potem okazuje się, że zostałam dodana do zablokowanych numerów i już nie mogę zadzwonić kolejny raz. Mniej więcej po roku takich pielgrzymek i odrzuceń dałam sobie spokój. Zaakceptowałam moją „samotność w sieci”. 

 

A potem trafiłam na Monikę Patrycję Patkowską, czyli Szeptuchę, Izabelę Jagosz i jej La Gosh My Pasion i jej swetry, a przez nią na  Martę Kaczmarski i jej przekaz o Instagramie. Od pierwszego momentu wiedziałam, że trafiłam na swoich. Na ludzi, gdzie szczerość przedkłada się nad zysk, a partnerstwo i współpracę ponad zachłanność w obrębie swojej społeczności. Trafiłam na dziewczyny, które szanują swoich odbiorców i podzielają wartości, które i dla mnie są ważne. Pisząc to, chcę Cię natchnąć do wiary w to, że ludzie Tobie podobni naprawdę istnieją, nawet jeśli teraz wydaje Ci się to niemożliwe. Że czasami trzeba czasu, żeby ich znaleźć, ale oni są. Jeżeli zaczynasz ze swoim biznesem albo już go prowadzisz i podobnie jak ja odczuwasz tę samotność w sieci, to niech mój przykład będzie dla Ciebie światełkiem, że znalezienie tych bratnich i siostrzanych dusz JEST MOŻLIWE.

 

Chciałabym tu napisać Amen – ale nie będę przeginać. 

Zwrot „już za chwilę osiemnastoletnia” pojawił się tu na znak tego, że od dwóch lat słyszę w domu to w kółko – a pojawił się, bo już za tydzień ten dzień pełnoletności nadejdzie. I jest szansa, że już nie będę tego słyszeć 😉

 

Ten wpis skomentujesz jak zawsze na moim blogu.
#TuSięCzytaWPiątki

 

Ściskam, 

Basia

 

Ps. WAŻNE 

Ta moja współpraca ma też przełożenie na korzyści dla Ciebie. Dziś pierwsza z nich. Poniżej podaję Ci link do kursu Marty Kaczmarski WRAZ ZE ZNIŻKĄ 16%OD PIERWOTNEJ CENY ZAKUPU. Wystarczy wpisać kod rabatowy: Pasjabj , by zaoszczędzić aż 90 złotych. Promocja na sprzedaż tego kursu już się skończyła – ale tutaj trwa nadal.

Hastagownia Full – To niezwykły kurs o tajemnicach hasztagów na Instagramie – ja sama go skończyłam, kupując go normalnie za pieniądze w sklepie Marty. Jeszcze się wtedy z Martą nie znałyśmy. U mnie po miesiącu stosowania rad i zaleceń z tego kursu przybyło mi pół tysiąca  nowych dusz na instagramie i wymierny ruch w sklepie. I to jest pierwszy kurs,  który rekomenduję swoim nazwiskiem. Wiesz o tym, jeśli oglądasz mnie regularnie na LIVE’ach. Zazwyczaj mówię, że znowu utopiłam pieniądze – a to znaczy, że jestem więcej niż wymagająca – a jednak ten kurs spełnił moje oczekiwania, nawet te, o których nie wiedziałam, że je mam.

LINK DO KURSU MASZ TUTAJ

PAMIETAJ O KODZIE RABATOWYM: Pasjabj

Kategoria:
Kategoria: