fbpx

Względność. Fizyka kwantowa relacji.

Maj 28, 2021 | #TuSięCzytaWPiątki

Dzień dobry. 

 

Dziękuję, że czytasz. Wiem, że czytasz. A wiem to po ilości otwartych maili i wejść na stronę bloga. Tak więc dziękuję, że to robisz, bo choć bez Twojego czytania i tak bym pisała – to z Twoim czytaniem jest mi pisać lepiej, bo wiem, że mam dla kogo i po co. I za to wielkie, wielkie fękju. 

Ostatni newsletter – ten o tych ludziach, co to oni różnie się zachowują, a ja nie wiem kiedy to się dzieje, że oni tacy się robią – pobił rekordy popularności. Ten zwrot „rekordy popularności” jest względny. Trzeba nałożyć na niego skalę konkretnie mojego bloga, konkretnie mojej skrzynki mailowej i konkretnie moich tabelarycznych ilości charakterystycznych dla konkretnie mojego biznesu – wtedy ilość kliknięć i wejść na tym konkretnym tle będzie konkretnie – rekordowa. Dziś więc będzie konkretnie o >> codziennej względności<<. Gdyby zestawić te moje konkretnie rekordowe wejścia z wiodącymi blogerami w Polsce – wypadałabym na ich tle raczej słabiej niż słabo.

Mam więc teraz wybór. Cieszyć się z moich rekordów lub załamywać, że snuję się raczej smętnie na końcu długiego blogerskiego ogona.

 

No dobrze względność. Wiele lat temu uciekłam z koszmarnego (dla mnie) związku. Takiego związku, który  rozpoczyna się szaleńczą miłością, następnie ma swój przystanek na skrzyżowaniu o imieniu: Dziesięcioletnie Małżeństwo, by po wielu rondach później, (rondach, z których nigdy nie umiałam poprawnie zjechać), zaliczyć glebę w zajezdni Rozwód. (Wybaczcie te drogowe skojarzenia, u nas to ostatnio obowiązkowy temat, córka robi prawo jazdy – więc wszyscy w domu robimy je razem z nią).  Małżeństwo to przypominało „Koszmar z ulicy wiązów” i było bliższe thrillerom niż komediom romantycznym, jeśli już  trzymać się porównań do gatunków filmowych. Uciekłam z niego resztką sił, bo z takich małżeństw się nie odchodzi, tylko ucieka. 

 

Gdybym była codziennie bita – miałabym na sobie widoczne siniaki, których otoczenie nie mogłoby zignorować. Zawsze myślę, może by ktoś zauważył, podszedł, zapytał, pomógł? Ale ja nie byłam bita – byłam codziennie gaszona. Każdego dnia bardziej i bardziej. Kiedy mój płomień tlił się już jedynie niezauważalnym światłem – czyli żywiciel umierał – następował okres miodowego miesiąca, w którym to byłam noszona na rękach i wielbiona i oczywiście obdarowywana masą drogich prezentów. Prezenty te przyjmowałam, licząc na to, że wraz z nimi i wraz z obietnicami poprawy, cała sytuacja w końcu się zmieni. To wtedy płomień rozpalał się z nową mocą, by tak podhodowany ogieniek mógł znowu być gaszony. Rozpoczynał się czas zjazdu w dół. Byłam głupia, nic nie potrafiłam zrobić, nie potrafiłam liczyć, nie rozumiałam też wszystkiego i wszystkich – od polityki, po relacje międzyludzkie, a  z moich żartów śmiano się tylko dlatego, żeby mi nie sprawiać przykrości, bo są żenujące. Koniec końców po zaledwie kilku latach takiej hamburgerowej przekładanki  w stylu – kocham cię – nienawidzę cię – nie wiedziałam już ani kim jestem, ani co czuję. Nie miałam planów, (bo były przecież beznadziejne), marzeń, (bo kto na to zarobi), ani swojej przestrzeni (bo chyba zwariowałam). Ostatnia faza związku to ingerowanie już nie tylko w strój , czyli „tak nie pójdziesz, wyglądasz beznadziejnie”, ale i w to, co mogę czytać. Na zewnątrz – liryka. (Takie związki zawsze wyglądają zajebiście na zewnątrz). W moich opowieściach epika. (Jeśli już komukolwiek coś powiedziałam, przybierało to formę epickiej historii z akcentem na liczne wzloty). Wewnętrznie dla mnie  – dramat. 

 

Dziś wyczuwam takie relacje na kilometr – śmierdzą mi tak, że mam ochotę podejść w Castoramie do kobiety i powiedzieć jej „Haloooooo, cały czas gasi pani swojego męża, on od pani kiedyś ucieknie!” Bo to gaszenie dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn, bo ten typ agresji nie ma płci. Ten typ agresji i przemocy to gigantyczne kompleksy, które druga strona rekompensuje sobie deprecjonując partnera lub partnerkę. Znasz to? Brzmi znajomo? Jeśli jedna rozmowa, dwie  nie załatwiły  zmiany sytuacji w Twoim związku – uciekaj. Z każdym dniem będzie Ci trudniej odejść, bo przecież bita nie jesteś. 

 

Uciekłam więc. 

 

Odwrócili się ode mnie wszyscy poza trzema osobami. Moją przyjaciółką. Najbliższą koleżanką. I poza moim bratem (i bratową, ale dla mnie oni są jedno). Tacy agresorzy genialnie dbają o PR i politykę zewnętrzną. Nie masz więc szans z otoczeniem, które dzięki staraniom Twojego kata postrzega, Cię jako skrajnie szaloną histeryczkę bez piątek klepki za to z wykupionym biletem do Tworek. Nie masz szans, więc zaakceptuj to, że zostaniesz sam_a – ale i tak warto. Potem przychodzą nowi, mam wrażenie bardziej wartościowi, ludzie. Dobierasz ich już na zupełnie innych zasadach. Są cudowną rekompensatą, za każdy zmarnowany dzień poprzedniego życia. Tak więc uciekłam. Idę o zakład, że czytając te słowa, jesteś ze mną, wspierasz mnie, w duchu gratulujesz i myślisz sobie,  że jak tylko skończysz czytać ten tekst – skomentujesz go poniżej na blogu. Część z czytających chce mnie teraz przytulić i klepnąć w ramię. Zatrzymajmy to uczucie na chwilę, robiąc klatkę stop.

 

Mojego partnera zwanego TŻetem (Towarzyszem Życia) poznałam pod koniec jego  długiego rozwodu. Podobnie jak ja uciekł ze swojego związku, więc mieliśmy wspólny mianownik do rozmów. Ponieważ to jego związek, a nie mój, nie mam praw autorskich, by go tutaj relacjonować. Niech  więc wystarczy jedynie wzmianka, że powodów do rozczarowań i ucieczki było więcej niż wiele, a dzień wyprowadzki najszczęśliwszym dniem w życiu, choć obciążonym dramatem rozstania z dziećmi. 

 

Mam wielu kolegów, którzy uciekli ze związków, w które weszli jako dwudziestolatkowie, bo… bo tak, bo już długo ze sobą byliśmy, bo mama/teściowa wciąż pytała, kiedy ślub, bo dziecko w drodze, bo w końcu by trzeba się pobrać, bo byli zakochani. Dla wielu kobiet – niestety nadal dla wielu – mąż to status społeczny – odstawiają więc taniec godowy w stylu szpilki, rzęsy na sztywno i obowiązkowo drogie francuskie perfumy, by za pierwszym małżeńskim zakrętem zarządzać seksualnością swoją i partnera wymuszając w ten sposób remont mieszkania, zakup samochodu czy biżuterii. Mówi o tym wielu psychiatrów, psychologów i seksuologów, a rzecz jest przebadana nie tylko przez amerykańskich naukowców, ale i naszych, polskich, a co!  Z takich związków się ucieka. Ucieka się też z wielu innych związków, ale o tym długo by pisać. Kiedy słucham opowieści kolejnego mojego kolegi o jajach, które działy się i/lub się dzieją u niego w domu, jestem z nim całą sobą i wspieram go w decyzji odejścia. Czasami poznaję nową wybrankę życia i, kurcze, nie dość, że chłop odżył ,to ożył dzięki niej i żyje pełną piersią czterdziesto kilku latka. Brawo! Zamiast zgorzknieć, uratowałeś chłopie to życie!

 

Dziś piątek. Od czasu do czasu, w piątek, mam wyjścia na wino z koleżankami. Gadamy o zupie, dupie i ostatnio przeczytanych książkach. Jedziemy równo po facetach, żeby spuścić powietrze i planujemy podbój kosmosu. Taki trochę serial komediowy a’ la „Sex w Wielkim Mieście” tylko ani sex, ani w wielkim, po prostu wino z Biedronki i książki. Jedną z nas zostawił mąż po 17 latach małżeństwa dla młodszej o kilkanaście lat zdziry. Jak odchodzi mąż do kobiety młodszej o lat kilkanaście, nie ma siły – jest ona puszczalską zdzirą, co to gdyby nie dała, to pies by nie wziął!  i już! Siedzimy, pijemy i pocieszamy, wysłuchujemy, zapewniamy, że pójdziemy do sądu i będziemy świadczyć, że te alimenty na całe życie, to się od ch*ja należą jak psu miska, że przysięgał, że obiecywał i w ogóle jak on sobie to wyobraża, co to teraz z dziećmi będzie, przecież to nie króliki?! (choć chyba jednak tak, bo kolejne, z tą zdzirą, w drodze, jak mógł?!).  Pęka mi serce, że została zdradzona, współodczuwam jej ból i zapominam zupełnie o tym, że wiele razy opowiadała nam o tym,  jak to kochali się co najwyżej raz na kwartał, bo ona nie lubi seksu i w zasadzie to nudził ja już od lat, a wyszła za niego, bo nie chciała być po studiach sama. Patrząc z drugiego brzegu rzeki – on uciekł i gdyby był moim kolegą, to jemu powiedziałabym – i bardzo dobrze! Siedząc z nią na tym winie – obmyślam plan zemsty. Realizacją której, wiadomo, zajmie się prawnik.

 

Kim ja jestem? 

 

To jest ta względność. Kiedy kogoś lubimy, opowiadamy się ze zrozumieniem po jego stronie, tak jak zapewne Ty z entuzjazmem biłaś / biłeś mi brawo, gdy relacjonowałam moją historię ucieczki. W tym samym czasie rodzina byłego męża zrobiła ze mnie szaloną zdzirę, która teraz kolejnego faceta pewnie w pole wyprowadzi – bo przecież z ich perspektywy to ja stoję za tym rozpadem świętego związku, to ja jestem tą, która przysięgała i miała obowiązek, i powinna do śmieci. Była żona TŻta widzi we mnie ostateczny powód rozpadu jej małżeństwa, choć jak rusz mnie przy tym nie było, bo go (czyli TŻta) nawet nie znałam w dniu zakładania jego sprawy rozwodowej. We mnie i w TŻcie nasi znajomi widzą małżeńskich ozdrowieńców, a znajomi naszych byłych partnerów widzą w tych samych nas – wcielenie zła w czystej postaci i pomstują na nas tak, jak ja pomstuję przy winie na chu*ja męża koleżanki, co to z tą ździrą puszczalską, kolejne dziecko robi. To emocjonalny związek i nasza sympatia lub antypatia decydują o tym, jakie mamy zdanie w danym temacie. Resztę racjonalizacji dostarczy nam (robiąc złą robotę) nasz mózg. Złą – bo wypaczy wszystkie obiektywne przesłanki – zaślepiając nas na niewygodne fakty, odślapiając na zauważenie tylko tych wygodnych na potwierdzenie naszych tez. 

 

Ta względność towarzyszy nam każdego dnia w różnych jego aspektach. Jak Tobie wjadą w tył auta – są nieuważni – nie ma zmiłuj się muszą płacić – takie jest przecież prawo. Jak Ty wjedziesz komuś w tył auta, przepisy są idiotyczne, bo przecież wszyscy widzieli, że zatrzymał się zbyt gwałtownie, nie było szans by wyhamować. Kiedy my spłacamy dom po rodzicach naszemu rodzeństwu – kwota spłaty jest ogromna i drenuje nas i nasze oszczędności do zera. Kiedy my otrzymujemy spłatę, cieszymy się, ale pieniądze te są dla nas nikłym zastrzykiem gotówki. Ile razy słyszałaś/łeś, że domu się za to nie kupi. Osoba, która ma płacić alimenty zawsze uważa, że są ogromne, nienależne i można za nie kupić co miesiąc klasztor na Jasnej Górze – osoba, która te alimenty otrzymuje, wie, że to jedynie kropla w morzu wszystkich potrzeb. Względność tej samej sytuacji jest dla mnie porażająca i to dlatego w pewnym momencie przestałam mieć zdanie. 

 

Jako dziecko nie rozumiałam powiedzenia, że punkt widzenia zależy od punku siedzenia. Wyobrażałam siebie to dosyć dosłownie i niby wiedziałam, o co chodzi, ale jednak nie. Dziś rozumiem i wiem i czuję. Dlatego dziś w takich sytuacjach milczę. A milcząc – towarzyszę. Gdybym odezwała się na tym babskim winie, patrząc z perspektywy drugiego brzegu rzeki, że ten ktoś odszedł, bo pewnie był nieszczęśliwy – byłabym nielojalną koleżanką, która stanęła po niewłaściwej stronie. A ja nie chcę być nielojalna, bo ją bardzo lubię. Jeśli już coś mówię – to nazywam towarzyszące całej historii emocje – musi Ci być ciężko, musisz być szczęśliwy, musisz być teraz bardzo zmęczona. Zadaję pytania, ja się czujesz, jaki teraz masz plan, co chcesz zrobić? Jedynie zapytana wprost, co o tym myślę, mówię, przytaczając z grubsza kontekst tego wpisu blogowego. I wiesz, to jest niesamowite! Wyobraź sobie, że są ludzie, którym ten kontekst względności rozpuszcza gulę w głowie i w gardle. I zamiast żyć przeszłością i ranami, które wylizują od dekad  – zaczynają żyć tu i teraz – i  zaczynają marzyć. I to jest kurde jajo.

 

Zjawisko względności rozpracował dokładnie, podpierając się nie tylko własnymi badaniami, ale i całym spektrum badań zarówno europejskich, jak i amerykańskich, noblista Daniel Kahneman. Tak więc na koniec dzisiejszego wpisu polecam Ci wszystkie jego książki, choć z całą pewnością możesz zacząć od liczącej ponad 600 stron cegły – „Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym.”. To z niej dowiesz się, że małżonkowie pytani o ich procentowy wkład w związek  – zawsze na kartkach napiszą takie wartości, które zsumowane będą większe niż 100% ;-)) Każdemu z nas wydaje się, że robi dla związku więcej, bo widzi głównie wkład własny – nie widząc równocześnie (bo nie jest tą osobą, tylko sobą) ilości zaangażowania i wkładu drugiej strony. To dlatego porzuceni partnerzy widzą wyłącznie własny ból, nie dostrzegając bólu współ przebywania z nimi samymi ,tej drugiej strony. Może warto o tym pamietać, zanim znowu przyjdzie nam ochota, by zrobić dym. 

 

Ten sam mechanizm dotyczy w biznesie udziału wspólników (ich pracy) pracy na rzecz firmy. Każdej ze stron wydaje się – i zjawisko to jest tak powszechne jak kwitnące kasztany w maju – że robi na rzecz wspólnej firmy zdecydowanie więcej niż wspólnik. Narastające z każdym rokiem rozgoryczenie (dodajmy tu po cichu, że obu stron) wynika z subiektywnego odczucia, że dana osoba robi/pracuje więcej niż wspólnik, a zyski są dzielone równo na pół. Kuriozum polega na tym, że dokładnie takie samo myślenie, towarzyszy każdej ze stron. I to właśnie dlatego wszystkie spółki z upływem czasu, czyli prędzej czy później,  rozpadną się. Jedne dlatego, że ktoś faktycznie zaczął olewać i przestał się angażować – drugie dlatego, że obu stronom się tak wydaje, że tak się dzieje. To subiektywne wrażenie jest tak silne, że najpierw nie daje spać po nocach, by z czasem zaowocować otwartym konfliktem. Jest tylko jeden rodzaj spółek, które mają szansę oprzeć się temu zjawisku – są to spółki rodzinne. Jakby nie było źle, to jednak właściciele takiej spółki muszą się spotykać na weselach, stypach i Wigilii u mamy, co z automatu rodzi więź sprzyjającą dogadaniu się ponad podziałami wyobrażeń. 

 

Jeśli masz wątpliwości albo szukasz rady, co zrobić, gdy masz podejrzenie, że jesteś w takiej nierównej spółce, zrób tabelę i wypisz wszystkie aktywności swoje i biznesowego partnera. Jeśli pracujecie we wspólnym biurze – jest to łatwe do przeanalizowania. Widzisz, o której przychodzi, kiedy wychodzi, co robi w ciągu dnia. Kiedy pracujecie na odległość, umawiaj się na poranne godziny na rozmowy telefoniczne, czym sprawdzisz np. poranną dostępność. Może być tak, że Ty zasuwasz od rana, a wspólnik zaczyna koło 15:00, następnie wydzwania do Ciebie o 20:00, co skutkuje tym, że Ty jesteś na pełnych obrotach w pracy przez 18 godzin a on/ona tylko 6. To prawdziwy przypadek prowadzonej przeze mnie marketingowo spółki, która przyszła do mnie z zagwozdką marketingową a okazało się, że ich problemem jest brak współpracy wynikającej z nierównego zaangażowania. Docelowo spółkę tę przeprowadziłam przez podział na dwie osobne firmy, które teraz świadczą sobie usługi, a jeśli chcą sięgają po usługi innych firm zewnętrznych i wszystko zaczęło działać.

 

Czy są wyjątki od tego, co tutaj napisałam. Oczywiście. Jak zawsze. Są. Zależą one od przypadku i naszego postrzegania rzeczywistości. Czyli nie są obiektywne ale subiektywne. Czyli względne. 

 

Doceniam fakt względności i mając świadomość, że wszystko jest względne, (a prawda dla każdego inna) –  mam wraz z wiekiem coraz mniej do powiedzenia – i coraz więcej do napisania. I choć bezsprzecznie każdą osobę będącą w przemocowym, socjopatycznym związku będę całą sobą mobilizować do ucieczki, to wiem, że ocena tego faktu zależeć będzie zawsze od tego, kto na to patrzy. Taka fizyka kwantowa relacji, gdzie każde z naszych ludzkich zachowań zaczyna przybierać formę i zyskuje konkretną nazwę, zależną od obserwatora. 

 

 

#TuSięCzytaWPiątki

 

Ściskam,

Basia

ps. Czekam na Twój komentarz. Dziękuję!

 

Kategoria:
Kategoria: