fbpx

VII Nie kradnij!

kwiecień 2, 2021 | #TuSięCzytaWPiątki

 

Dzień dobry!

 

Wczoraj zostałam nazwana „Demonem 1 Kwietnia”. Tytuł ten przyjmuję, obnosić się (z)nim będę z dumą, honory utytułowanej czyniąc wszelakie. Czas na dziewczynki w strojach krakowskich, wizyty w zakładach pracy i niekończące się delegacje po kraju. Szkoda tylko, że pandemia.

Wczoraj obwieściłam światu zaręczyny i tylko połowa z Was w to uwierzyła. Pewnie sama na to zapracowałam, wkręcając Was w akcje typu „szukam dżokeja” albo w ten wernisaż, co to go nigdy nie było, ale wszyscy uwierzyli, że ma być i nawet urlop w pracy wzięli. 

No cóż, nazwiska Marvel po mężu nie przyjmę, choć jak napisał Michał w swoim komentarzu — kapitanom i Amerykanom się nie odmawia. `Komu by się chciało teraz nazwisko zmieniać. Cała ta jazda ze zmianą dokumentów, robieniem nowych zdjęć do dowodu i prawka. Zdjęć, na których wygląda się teraz jak człowiek z portretu pamięciowego policyjnej izby zatrzymań. No komu by się chciało teraz nazwisko zmieniać. Chrzanić więc nazwisko, tytuł demonicy mi wystarczy. 

 

Wczoraj też po raz kolejny podesłano mi fragment mojego tekstu zamieszczony na czyimś profilu — mój tekst, moje przemyślenia, moja wiedza, mój pomysł — zamieszczony jako czyjś, jako własny. I nie był to primaaprilisowy żart. Opadły mi cycki, których nie mam i ręce mi też opadły. A to wszystko aż do ziemi. Dobra wiadomość jest taka, że czas, w którym oddycham, żeby nie wpadać w furię, podczas której roznoszę na strzępy wirtualnie złoczyńców, jest coraz krótszy. Oddycham „po kwadracie”.  Wdech liczony do pięciu — zatrzymanie oddechu też licząc do pięciu — wydech do pięciu — zatrzymanie do pięciu. I tak w kółko — choć to kwadrat. You know…

 

Nauczyłam się coraz szybciej odwracać uwagę od złodziei, coraz szybciej mi też przychodzi niemyślenie o tym, co robią. Jest mi z tym lżej. Neurotyczne myśli pod tytułem: jak tak można (?!) należą już u mnie do przeszłości. Co nie zmienia faktu, że za każdym razem, kiedy taki akt wandalizmu wpada w moje ręce  — pierwsze uderzenie emocji jest silne jak fala tsunami.  Pozwalam sobie jednak na ten koktajl uczuć, dopuszczam go do siebie, oddycham z nim i nim, ale nie pozwalam mną zawładnąć. 

Jeśli nikt nigdy Ci niczego w sieci nie ukradł — przeczytaj ten tekst, żeby wiedzieć, jak jest po drugiej stronie rzeki. Jeśli sam(a) należysz do osób, które nie widzą nic złego w „inspirowaniu” się czyjąś pracą (cudzysłów zamierzony), a na dodatek oko Ci nie drgnie, kiedy kopiujesz kogoś bez żenady i (TO WAŻNE) ręka nie idzie w kierunku podpisania nazwiska autora lub dodania dopisku,  że to inspiracja czy kopia – NIE CZYTAJ DALEJ! Będziesz się na mnie złościć, bo do tej pory to ja uciekałam w metafory a dziś będzie dosłownie. Dziś będzie o złodziejach pomysłów i cudzego czasu. Nie znajduję innych słów na proceder podpisywania się własnym nazwiskiem pod czyjąś pracą lub pomysłem. 

Żyjemy w czasach, w których musimy być jacyś. Tak przynajmniej nam się wydaje. Tworzymy lukrowane wizje siebie w mediach społecznościowych, pokazując tylko te najlepsze zdjęcia i tylko te najlepsze fragmenty naszej rzeczywistości, które dobrze łyknie algorytm. Spróbuj pokazać coś nie z górnej półki — dostaniesz po łapach, bo algorytm kocha wyłącznie wysokie C. Sorka sis, sorka bro, to nie algorytm to my ludzie. Karmieni od dziecka bajkami o superbohaterach, o księżniczkach, które zasypiają na całe życie i nie robiąc nic poza spaniem, odnalezione cudownie przez księcia są ustawione do końca „żyli długo i szczęśliwie” — więc karmieni tym nektarem, gdzieś w głębi siebie chcemy wierzyć, że takie coś jest możliwe. Chcemy też być częścią tej bajki, która tworzy się na naszych oczach. 

 

Obserwujemy więc wysprzątane domy, pogodne nastolatki, kawę w kopie ogrodowych liści, a potem sami jak te cymbały lecimy do ogrodu. Najpierw klnąc na siebie, że liście zgrabiliśmy jeszcze jesienią, więc nie ma w czym tej kawy ustawić, potem latając jak z piórkiem w d*pie po liście do sąsiada, żeby ostatecznie dotrzeć do bazy: o k*wa przecież ja kawy nawet nie piję. Zjawisko to (nienaukowo nazywane owczym pędem) psychologowie przebadali już pierdyliard razy. Włączenie myślenia, kiedy tłum ciśnie do przodu, żeby samemu iść pod prąd — wymaga nie lada wysiłku. No, chyba że jest się „człowiekiem kontrą”. Cokolwiek ktoś robi – to zawsze w opozycji. Co do zasady nie jest to kreatywne, bo bazę do kontry stworzyli przecież inni, więc nie jest się wtedy twórcą ale odtwórcą. Nie radzę takiemu oporantowi powiedzieć tego prosto w oczy — odgryzie Ci łebek i wypluje do rowu za kapliczką na skraju lasu. 

 

Komunikujemy się emotkami, gifami, łapkami i sercami. Określają nas hashtagi, czyli dodawane do instagramowych wpisów metki opisujące nas samych. Pokazują one to, kim jesteśmy — EDIT: kim chcielibyśmy być. Obserwuję wybrane hashtagi. Przeglądam. Analizuję. Uruchamiam moją humanistyczną głowę. Wyję. Czasami z bólu — czasami ze śmiechu. 

 

Jestem kreatywna, multiinstrumentalna, wysoko wrażliwa, choć nie boję się też słowa nadwrażliwa, bo przy społecznej normie wrażliwości moja wrażliwość jest atypowa. Pewnie Twoja też. A jednak wolimy zwrot „kobieta wysoko wrażliwa” niż „nadwrażliwa”, bo ta pierwsza jest wyjątkowa, a druga ciągnie skojarzeniami w kierunku pańci w klapeczkach z puszkiem, leżącej z globusem (migreną) na secesyjnej sofie. A my chcemy być wyjątkowi. Tak jak wyjątkowe są nasze instagramowe wnętrza, wypacykowane twarze i opowieści z mchu i paproci o żelaznym wilku, czyli o tym jak to mając gromadkę dzieci, kultywujemy slow life równocześnie prowadząc firmę, pisząc kolejną książkę i oczywiście robiąc doktorat. A to wszystko spokojnie i na luzie. #slowlife, #naluzie, #kobietazpasja, #kochamtocorobie

 

Chodzę po tych obserwowanych przeze mnie # i widzę fałsz, ściemę, zakłamanie a to wszystko w gigantycznych oparach absurdu. Posty manicurzystek z dopiskiem „bądź niezależna, wyróżnij się, przyjdź do nas na paznokcie” znajduję bez kontekstu pod hashtagiem #strajkkobiet. Nie wierzę, sprawdzam, nadal nie wierzę, a jednak. Drogie panie same sobie jesteśmy winne. Pod hastagiem #naluzie znajduję konta, gdzie są osoby, które wrzucają ponad 9 wpisów dziennie. Może inaczej rozumiem ten zwrot, może życie na luzie oznacza dla mnie coś innego, ale żeby cisnąć dziennie 9 postów i je komentować, to mnie się wydaje, że to już życie na luzie nie jest. No, chyba żeeee…. — jak to mówił Król Julian — no, chyba żeeeeeeeee to nie są Twoje posty, tylko cudze. To nie Twoja kombinacja i układanka do zdjęcia, tylko cudza. Nie, że zerżnięte zdjęcie. Za to grozi cichy ban na jakiś czas – zerżnięty pomysł na zdjęcie. To już wystarczy, by nie urabiać się po kokardy i faktycznie żyć na luzie. Z(a)łapałam to dopiero w hastagu #slowlife. 

 

Kocham slowlife i minimalizm, choć dla mnie to raczej święte Graale, niż moja rzeczywistość. Ale kierunek obrałam już dawno. Każdy kreatywny wie, że w pracowni ciężko nam z jedną farbką (farbkę zamień odpowiednio na swoją włóczkę lub sznurek), z jednym pędzlem i z jednym, jedynym rodzajem papieru. Nie wystarcza nam też jedna książka, jeśli kochamy czytać. No taka jestem. Już z tym nie walczę i akceptuję to w sobie. Wierzę, i wiem, że są ludzie, którzy potrafią i w minimalizm, i w slow, a kanał na YouTube Lisie Piekło pochłaniam w całości podziwiając i wspierając kobietę moimi kciukami w górę. Jednak ci prawdziwi mini i slow, to jednostki wyjątkowe, rzadkie, to nikły odsetek jeśli nie promil całego społeczeństwa. Gdyby było inaczej, ludzie nie skakaliby sobie do gardeł, przy kolejnych lock downach, pod najbliższą Biedronką o pierwszeństwo kupienia rolki srajtaśmy. Tymczasem na Instagramie… wszyscy jesteśmy nieporuszoną taflą wody, mamy czas na wszystko,  „doktorat powolutku kochane się pisze, a teraz podam Wam przepis na pyszny chlebek bezglutenowy, sama go sobie pomalutku dopracowałam”. 

 

Jak, kurde, sama ??? skoro przepis ten, toćka w toćkę, wisi na czyimś blogu od 15 lat!  Pomyślisz zbieżność? Gdyby nie to, że literówki (i przecinki lub ich brak) są w tych samych miejscach też bym pomyślała, że to zbieżność. Analogicznie rzecz się ma z profilami moli książkowych. Czytam dużo. Czytam szybciej niż czytałam kiedyś. Ale 300 książek rocznie bym nie dźwignęła. No chyba, żeeeeeee nie robiłabym nic innego tylko bym czytała. Tylko kiedy o tym pisać, kiedy gotować żarcie dla dzieci i kotów, kiedy robić te wszystkie zdjęcia, kiedy komentować i aktywizować społeczność? Kiedy ja się pytam, skoro kiedyś trzeba iść spać i majtki też dobrze jest wyprać. Doba ma tylko 24 godziny. Da radę być tak aktywnym jeśli… – podpierać się cudzą pracą. Tylko dlaczego o tym nie napisać, że to cudze? 

 

Twórcy wiedzą, że mamy swoje fazy. Nie da się być kreatywnym 24/7 przez 365 w roku. Nie każdy obraz będzie Guerenic’ą a i Picasso Guerenicę miał jedną — a na całe swoje twórcze życie tych najlepszych obrazów zaledwie kilkanaście. Tymczasem dziś w 2021 Instagram przepełniają superjednostki, które nie są nigdy zmęczone, mózgi jak żyleta, każdy z postów jest strzałem w dziesiątkę, w odróżnieniu ode mnie — gdzie część moich działań to raczej strzał w kolano. Dlaczego? Bo robię to sama. Nie sama – sama – samosia – wiadomo jest zespół. Sama od podstaw – czyli kreuję, wymyślam, nie zżynam z innych. Bycie autorką swojego życia zawodowego zajmuje dużo czasu. Kopiowanie cudzego – ogranicza się do 3 sekund, w których naciskamy CTRL+C a następnie CTRL +V.

 

Znam osoby, które napisały i obroniły doktorat. Wymagało to od nich ponadludzkiego wysiłku i jako najbliższe otoczenie wiedzieliśmy, że piszący(a) zbliża się do mety, bo słuch o niej/ o nim ginął czasami na całe miesiące. Pisanie doktoratu to jest mobilizacja na wiele, wiele tygodni. Wczoraj miałam konsultację, z osobą, która prowadząc dużą firmę, ma do siebie żal, że nie skończyła (jeszcze) doktoratu. Prowadzenie firmy to jest wysiłek. Doktorat to jest wysiłek. Te dwa zadania razem do kupy to podwójny wysiłek. Znam osoby, które napisały książkę. (Siebie nie biorę za przykład, bo może mnie tylko szło, jak szło). Książki nie da się pisać od przypadku do przypadku, godzinka tu, godzinka tam. Jak zaczynasz pisać, to życie i fabryka zwana domem to równoległa rzeczywistość wcale nie najważniejsza dla Ciebie w tym momencie. Bonda traci na wadze kilka kilogramów, kiedy pisze — tak o tym mówi w swoich wywiadach. Nie przyjmuje też wtedy gości, nie wychodzi na spotkania towarzyskie, ogranicza swoją aktywność do przysłowiowego minimum. Obrazu nie stworzysz, dając sobie trzy razy w tygodniu kwadrans na pociągnięcie pędzlem. Wie o tym każdy, kto kiedykolwiek był zły, że musi wyjść z pracowni. Bycie prawdziwym twórcą i twórczynią — w odróżnieniu do odtwórców — to nie jest życie slow, ani na luzie. To zaangażowanie na maksa.

 

Miałam kiedyś znajomą. Znajoma ta nie znosiła dobrze zorganizowanych kobiet, które samodzielnie przygotowywały posiłki. Nie znosiła też kobiet, które po prostu lubią gotować, czy eksperymentować w kuchni. Cała historia rozgrywa się w środowisku przedsiębiorczyń, więc fakt, że się prowadzi firmę nie był wystarczającym wytłumaczeniem, że ktoś nie gotuje sam. Znajoma ta opłacała osoby, które gotowały za nią, a kiedy przychodziła większa impreza, zamawiała catering. Co do zasady nie ma w tym nic złego. Po to są takie firmy, by z nich korzystać, szczególnie wtedy, kiedy kuchnia to nie Twoja bajka. To jest rozwiązanie win-win. Ty masz co jeść, ktoś ma co robić i bierze za to pieniądze. Absurdalne było jednak robienie zasłony dymnej przy tym cateringu i wmawianie gościom, że gotowało się samodzielnie. Pytanie z prośbą o przepis zawsze musiało się spotkać z tajemniczym uśmiechem, zmrużeniem powiek i odpowiedzi: „ach… to sekretny przepis mojej prababki”. Proceder ten trwał wiele lat a mistrzyni kamuflażu dbała o to, by nigdzie nawet kartonik czy rachunek z logo firmy cateringowej gdzieś się przypadkiem nie zawieruszył. 

Sprawa się rypła przy Shushi. 

Prababce przypisać można było wszystko łącznie z pomidorową na pomidorach moczonych 12 dni w śmietanie — wszystko — ale nie sushi. Budowany latami wizerunek (nie tylko świetnej przedsiębiorczymi ale i genialnej kucharki) legł w gruzach zupełnie niepotrzebnie ściągając śmiech otoczenia. To była ostatnia impreza tej pani. Więcej nie zaprosiła nas już do siebie wykręcając się brakiem czasu. A przecież wystarczyło powiedzieć, że to catering. Wszyscy chcielibyśmy adres tej firmy — jedzenie było przecież genialne. 

 

Doktorat można kupić. Książkę zamówić u ghost writera. Zdjęcie zerżnąć z cudzego instagrama. Tekst blogowy skopiować i wkleić u siebie jako swój. Można też kupić czyjś kurs online, albo projekt swetra a potem przepakować do innej grafiki i można, naprawdę można,  mieć robotę z głowy. Jeśli tak robisz nie dziwię się, że żyjesz slow i manifestujesz swoje życie na luzie. Kradniesz nie tylko nasz pomysł, pracę ale i czas. Zamiast Ciebie nad tym wpisem siedziałam ja, nad tym projektem moja twórcza koleżanka, która robi swetry i zasuwa nad nimi od rana do nocy (Iza Jagosz – La Gosh My Pasion – pozdrawiam), za koncept tej grafiki, którą właśnie powielasz, zapłaciła grafikowi inna twórczyni z naszej społeczności. Zamiast Ciebie nad wykombinowaniem fajnego pomysłu na zdjęcie cały wieczór siedział mój kolega, nie przeczytał wtedy książki, nie obejrzał kolejnego serialu na Netflixie – robił za to 300 zdjęć, z których dobre było to jedno. W tym czasie Ty, żyjesz slow i na luzie – a pracują na Ciebie inni.

 

Dlaczego nas nie podpisujesz? Co Ci daje udawanie? Brak jakich wartości w Tobie wypełnia podpieranie się cudzą pracą? Dlaczego reagujesz agresją, kiedy łapiemy Cię za rękę mówiąc: hej to moja praca/pomysł/ recenzja/czas/ koncept? Dlaczego wtedy wyrzucasz nas z grupy, zgłaszasz do adminów, nastawiasz przeciwko nam innych? Dopisanie jednego zdania, że to „my i nasze” – przecież nic nie kosztuje. Przecież bylibyśmy jak ta firma cateringowa. Nadal smaczni – choć jedzenie podane byłoby u Ciebie na fanpage’u. 

 

Żeby zorganizować sobie weekend w pracowni – pisałam o tym w poniedziałek na FB i Instagramie – potrzebowałam precyzyjnego planu tygodnia, dopięcia wszystkiego na ostatni guzik, przypilnowania procesów i zadań w firmie. Założenie, że w weekend nie wejdę do biura wymusiło na mnie ściśnięcie wszystkiego w pięciu dniach roboczych tygodnia. Nagroda była przednia – doceniam tym bardziej – że mogę sobie na to pozwolić bardzo rzadko. Nie żyję slow. Od czasu do czasu tylko mocno zwalniam.

 

Felieton ten napisałam na prośbę ponad stu osób, które od stycznia przysyłały do mnie zrzuty ekranu ich skradzionych prac, projektów, tekstów, pomysłów czy grafik. Kochani nic z Wami nie jest nie tak. To nie my żyjemy na opak. Wspieram. Kogo mogłam – odesłałam do prawnika – gdzie nie widziałam szans na reagowanie – utulałam zalecając oddechy po kwadracie. Ja wiem, że Was to rani. Jestem taka jak Wy. 

 

Ściskam, 

Basia

 

#TuSięCzytaWPiątki

 

PS. Czekam na Twój komentarz.