fbpx

A Ty? W co dziś klikniesz?

Sty 22, 2021 | #TuSięCzytaWPiątki

Dzień dobry! 

Choć jak patrzę na newsy z poranka, to chyba jednak nie taki dobry. Papcio Chmiel nie żyje. Miał 97 lat. Jego komiksy kochałam miłością pierwszą i prawdziwą. Towarzysz dzieciństwa, kreator dobrego humoru, twórca. Pewnie tam teraz, w artystycznym niebie, siedzi razem z Adamem Słodowym i Marią Czubaszek przy jednym, kurde, stole. Szkoda. 

Codziennie rano czytam. Kiedy skończę moją porcję 45 minut przy książce, przeskakuję na portale informacyjne, by sprawdzić, co w świecie dużym i małym. Czytam tytuły. Świadomie NIE klikam. Każde moje kliknięcie zaskutkuje tym, że przez cały dzień (czasami dłużej) będę śledzona newsami o podobnej treści.

Informacja o śmierci Papcia Chmiela to jedyna w jaką zdecydowałam się dziś kliknąć. Jej tytuł to stwierdzenie faktu – Papcio Chmiel nie żyje. Dziś (i tylko dziś) w artykule kryjącym się głębiej pod krótką zajawką na pierwszej stronie, nie będzie domniemań, spekulacji, podkręcania atmosfery. Od jutra zacznie się odgrzewanie zamrożonych kotletów i  przerabianie  tej samej treść na pierdyliard różnych sposobów. Po co? Cel jest jeden. Chodzi o to, żeby uzyskać to, czym karmi się internetowa przestrzeń medialna.  Kliknięcia.  

Od jutra tytuły  będą wyglądały inaczej. Nie zdziwi mnie więc jeśli zobaczę walący po oczach napis, „Fani komiksów byli w szoku, gdy dowiedzieli się, co się stało!”. Po takim wstępie oczekujesz porażającej i mrożącej krew w żyłach informacyjnej nowości. Czegoś o czym jeszcze nie wiesz. Czegoś, co poszerzy Twoją wiedzę na temat autora. Klikasz z ciekawości, bo konstrukcja nowego tytułu pcha Cię do tego z ogromną siłą. Zwroty takie jak: „fani byli w szoku”, „nie mogła uwierzyć w to, co się stało”, czy „przez 25 lat nikt z rodziny nawet nie podejrzewał”, zwroty tak długo zarezerwowane wyłącznie dla tabloidów, dziś wypełniają informacyjną przestrzeń, by bazując na najniższych ludzkich instynktach (ciekawość) wywołać w nas określone reakcje. 

Nie dowiemy się jednak niczego nowego. Najpierw będzie przydługawy wstęp o komiksach, potem kilka dat z życia autora, potem informacja, że zmarł i na koniec zdanie o tym, że fani byli w szoku. Ile tego typu artykułów przeszło już przez Twoje oczy i ręce? Artykułów, które dotyczą w równym stopniu hodowli psów, prowadzenia biznesu, czy najnowszej afery rządowej. Artykułów, po których się wkurzyłaś / lub wkurzyłeś, bo w zasadzie: o czym to było?

Jesteśmy karmieni informacyjną papką, która jeden fakt zamienia w tysiące znaków, które co do zasady nic nie wnoszą w nasze życie. No ale klikamy. Resztę zrobi algorytm. Ten ostatni zadba o to, by wszędzie pojawiało się tylko to, co Cię interesuje, co ponownie skłoni Cię do reakcji, czyli kliknięcia (a może nawet komentarza). Tak zaczynamy żyć w wirtualnej bańce, która potwierdza wyłącznie nasz sposób myślenia. Jeśli więc kiedykolwiek przebije się do tej bańki, ktoś „obcy” wydaje nam się, że NAS PODOBNIE MYŚLĄCYCH JEST WIĘCEJ, więc trzeba człowieka nawrócić, bo on po prostu: nie wie. Czego nie wie? Tego, co wiemy my. Że szczepionki szkodzą, lub wręcz przeciwnie. Że partia rządząca doprowadza nas na skraj ekonomicznego bankructwa, lub wręcz przeciwnie. Że trzeba być najlepszą wersją siebie, lub wręcz przeciwnie zaakceptować bycie pasztetem i się z tego cieszyć.

Albo – albo.

Wyłącznie: albo – albo.

Zupełnie tak, jakby nie było odcieni szarości pomiędzy czarnym a białym. Zupełnie tak, jakby nie istniała przestrzeń wariantów. Wreszcie zupełnie tak, jakbyśmy stracili rozum i dystans dorosłego, dojrzałego emocjonalnie człowieka, który wie, rozumie i czuje, że ma prawo do odmiennego zdania, bez konieczności wszczynania walki. Algorytm doprowadził nas do skrajnej polaryzacji, w której odwracali się od siebie i szczerze nienawidzimy, bo druga strona stawiła opór, kiedy chcieliśmy ją uprzejmie nawrócić. Takimi społeczeństwami jest łatwo rządzić, a jedyna wojna, która może nam realnie grozić to ta domowa. 

Czy to już czas, by włączyć myślenie? Tak sobie (nomen omen) myślę, że to najwyższy czas. Unikam takich słów jak: muszę czy trzeba, bo muszę jest zawsze słabsze niż chcę, ale tutaj napiszę: „musimy” – choć jeszcze – czasami – wcale nie chcemy.  Musimy się mieszać poglądowo, bo jest to jedna z dróg, by wyjść z getta naszych wierzeń i przekonań. Istnieje realna szansa, że popatrzymy wtedy na człowieka jak na … człowieka a nie wroga, którego trzeba odstrzelić. 

Ostatnie akapity dedykuję tym, którzy chcą poszerzać wiedzę z marketingu. Konstrukcja każdej marki (nawet tej osobistej, kiedy marką jest człowiek o imieniu i nazwisku, lub o jakimś pseudonimie) opiera się na dwóch przeciwległych biegunach. Jeden biegun to wartości, które promuje dana marka.  Promowane wartości mogą być naprawdę rozmaite – tu podam tylko kilka typowych przykładów:  natura (naturalne tkaniny), wiedza (wiedza akademicka, fakty, badania), kobieta (jej czas, rozwój czy umiejętności), czy jak w przypadku Ba-Ha-Art pasja i jej monetyzacja.

Na przeciwległym biegunie znajduje się zawsze wróg marki. Najsilniej oddziałujący na społeczność zapalnik. Dla naturalnych tkanin wrogiem marki będą sztuczne, nieoddychające ubrania, dla wiedzy – zabobony i wiara w nieudokumentowane, lub źle udokumentowane informacje, a dla kobiety wrogiem będzie chłop albo inna baba. Klasyk.

Jeśli więc influencerzy, twórcy internetowych marek, w tym marek własnych chcą podbić swoje zasięgi – sięgają po wroga marki pisząc post o tym, jak to mężczyźni nie szanują kobiet i kobiecych biznesów, antyszczepiokowcy robią zamach na zdrowie porządnych obywateli, ciuchy z lycrą zabierają nam życie, a największymi heterkami kobiecego szczęścia są inne baby. Skoncentrowana wokół wartości marki społeczność zaczyna w komentarzach skandować „prawdę mówi! dać jej/mu wódki!” a wyzwani na pojedynek ludzie z obozu wroga marki czują się dotknięci tym, że okazali się być ostatnimi cymbałami ever. Skąd o tym wiedzą? Algorytm zadbał o to, by im to pokazać. A że sami żyją w swojej bańce, własnych wartości pod postem rozpoczyna się bitwa pod wirtualnym Grunwaldem, a mieczy ci u nas dostatek.

Influencerzy o tym wiedzą i wykorzystują to, by podbić swoje zasięgi. Potem wirtualnie wylewają łzy żalu, że spotkał ich hejt i okrutny lincz, a już najbardziej ze strony: mężczyzn, kobiet, zwolenników plastiku albo foliarzy* – podkreślić to co jest wrogiem danej marki. Tego typu post to odgrzany kotlet z informacji, która już była – ale to znowu bardzo mobilizuje społeczność popierającą wartości marki i zasięgi znów idą w górę. Krok następny to wykorzystanie rozciągniętych zasięgów i wrzucenie oferty sprzedażowej, która zobaczy dużo więcej osób, niż przy przeciętnej publikacji. 

A Ty? W co dzisiaj klikniesz?

#TuSięCzytaWPiątki