fbpx

Niemarudzenizm – nowa dziedzina sportu.

Maj 7, 2021 | #TuSięCzytaWPiątki

 Dzień dobry!

U mnie zimny maj. Nie taki jaki lubię. Ale jak się nie ma co się lubi, to można albo narzekać, albo zaakceptować fakty. A fakty są takie, że od kilku dni nie mogę spokojnie wyjść na rolki, bo pogoda jest tak niestabilna, jak na K2. Pracując, czyli siedząc przy biurku, analizując, konsultując, wspierając biznesy, doradzając, lub po prostu gapiąc się w ekran — tak, tak i mnie to się zdarza — nie wstrzelam się w okna pogodowe z rolkami. Siedzę więc w domu, biegam na bieżni, żeby był ruch i kroki, żeby były wychodzone. W dni takie jak dziś — w dni, kiedy nie jest tak jakbym chciała, żeby było — ćwiczę odległą mi sztukę niemarudzenia. Uprawiam więc niemarudzenizm stosowany, który jest dla mnie nową dziedziną sportu, a sport jak wiesz to ja lubię.

 

Niemarudzenizm jest dla mnie trudny. Jak każdy perfekcjonista powodów do niezadowolenia mam pod dostatkiem. W zasadzie nie muszę wstawać z łóżka, by zacząć się krzywić na cośtamcośtam. Już o poranku spektrum narzekania mam dosyć spore od: krzywo spałam, po odkopałam się i zmarzłam (czytaj: katar), aż do nie spałam, kurde, w ogóle. Z tym niespaniem mam zresztą relację pogłębioną od dziecka. Wybudzało mnie zawsze — wszystko. Urodzona w latach 70., w czasach kiedy rytualnie chodziło się z pościelą do magla, spałam a w zasadzie nie spałam – w wykrochmalonej pościeli, co dla mnie oznaczało tortury porównywane do łamania kołem. Próby opowiedzenia komuś dorosłemu, że pościel mi skrzypi, więc nie mogę spać — kończyły się zawsze tak samo. Perlistym wybuchem śmiechu i nabożnym pogładzeniem mnie po grzywce. No właśnie. Grzywka.

 

Grzywka była zawsze moim utrapieniem. Włosy mam proste z tendencją do niekontrolowanego baranizowania. Albo odwrotnie włosy mam kręcone, więc nie da się ich nigdy wyprostować. O tafli kobieto zapomnij. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, na które przypadł czas mojej podstawówki, noszenie grzywki było absolutnym must have. To w zasadzie był taki tercet — wcale nie egzotyczny — a nasz, polski, przaśny, peerelowski. Granatowy fartuszek, biały kołnierzyk i grzywka. Na moich zdjęciach klasowych, w równo ustawionych rzędach, stoją równo przycięte grzywki zarówno dziewczynek, jak i chłopców. Wyglądamy jak trzydzieści małych telewizorków — każdy, kto miał grzywkę wie, że twarz z grzywką przypomina telewizor kineskopowy marki Rubin. Młodszych czytelników odsyłam do Google’a.

 

Tak więc staliśmy z tymi grzywkami, które były równe u wszystkich… tylko nie u mnie. Moja grzywka zawsze żyła swoim własnym życiem, a w dni robienia klasowych zdjęć to już w ogóle zakładała związki zawodowe, ogłaszające strajk. Nie ma się też co dziwić, że zawsze mnie coś w tej grzywce denerwowało. Tu również spektrum „ale” było coś szerokie. Koleżanki miały grzywki grube, ciężkie, takie jakby kopiate, podcięte idealnie na prosto lub z przedłużeniem po bokach. Obcięte raz, odrastały pięknie, zasłaniając dziecięce brwi, a przedłużone kosmyki boczków opadały delikatne na zaróżowione, piegowate buźki. Moje podcięcie na prosto — prostym nigdy nie było, o gręplowaniu grzywki w strączki jakbym świeżo z ulewnego deszczu weszła do klasy (i stanęła do tego cholernego zdjęcia), jak również o odwijaniu się grzywki na boki to już w ogóle Ci tutaj nie wspomnę. To dlatego podcinałam ją namiętnie, wierząc wiarą szczenięcą, że coś to jednak zmieni.

 

Tu proponuję spuścić zasłonę milczenia nad zdjęciem, które zobaczysz poniżej. Na tym etapie już było wiadomo, że fryzjerką w życiu być nie powinnam, bo zamiast równego podcięcia niezmiennie wykrawałam sobie centralnie na wysokości czoła tuż nad oczami, wykres EKG. Trudno zresztą o inny efekt, kiedy robisz to ukradkiem, w łazience, na szybko, w tajemnicy przed fuczącą mamą, której już trzysta razy obiecałaś, że never ever. A, no i robisz to nożycami krawieckimi, bo tylko te były w kuchennej szufladce na wierzchu. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy sobie sam włosów nie obciął, a potem rozpaczliwie zaczesywał włosy „na mokro” lub szukał po domu spinek.

 

Takich tematów i powodów do narzekania à la wspomniana grzywka, to ja miałam od dziecka więcej. Osobną książkę by napisać o tym, na co mogłabym się poskarżyć. Zanim dotarłam do matury, utrwaliłam w sobie w stopniu mistrzowskim: marudzenie, międzenie, brzęczenie i narzekanie nazywane przez moich rodziców „codziennym znoszeniem jaj”. Jak kura gdakałam od rana do wieczora, nad każdą najdrobniejszą rzeczą, która mi nie pasuje. Tylko że kura znosi jedno jajko dziennie — więc i gdacze w sposób zaawansowany — raz dziennie. Idąc tropem tego porównania, byłam eksportową kurą nioską, rekordzistką nie tylko powiatu, ale i województwa, znoszącą od kilku do kilkudziesięciu jaj dziennie. Każdego dnia potrafiłam znaleźć powód (i to nie jeden), by czuć wyraźny dyskomfort i ból życia, na tym naszym łez padole. Gdyby była to dyscyplina olimpijska, co 4 lata zgarniałabym złoty medal, a po kolejnych dekadach udziału w mistrzostwach świata musiałabym zostać wykluczona z udziału w rozgrywkach, żeby pozwolić innym brzęczącym poczuć radość zwycięstwa.

 

Nadwrażliwcy tak mają. I choć wolimy naszywać się osobami wysoko wrażliwymi, a nie nadwrażliwymi — to jednak umówmy się — przy normalnie czującym człowieku, jesteśmy histerykami ludzkiego gatunku z tendencją do wyolbrzymiania, rozdrapywania ran i dramatyzowania. Nie zadowala nas kompletnie nic i konia z rzędem temu, kto da radę na nas wpłynąć tak, byśmy chcieli to zmienić. A ponieważ jako ludzie nie robimy nic, co nie daje nam jakiejś wartości, to i z narzekania czerpiemy emocjonalne zyski. Inaczej być nie może. Jeśli teraz wydaje Ci się to niemożliwe, to pozwól, że się rozwinę.

 

Narzekanie, brzęczenie, międzenie czy jak kto woli codzienne znoszenie jaj, to cecha charakterystyczna każdego perfekcjonisty — jeśli nim jesteś, jeśli nim się czujesz — doskonale wiesz, o czym teraz piszę. Piszę o skrajnie krytycznym podejściu do wszystkiego. Niezadowolenie, które pcha nas do narzekania, wynika z krytycznego podejścia do rzeczywistości. Mamy narąbane w głowie jakieś idealne wizje świata czy wersje wydarzeń, które nie mają szans zmaterializować się w tym świecie, więc narzekamy. Z jednej strony na poziomie intelektualnym rozumiemy, że idealny świat nie istnieje, podobnie jak nie istnieją idealne grzywki, z drugiej jednak organicznie ciśniemy w jednokierunkową pod prąd, zaklinając rzeczywistość tak, by ten stan idealny osiągnąć. Przy takim konstrukcie naszych zachowań nie ma szans na euforię, zadowolenie, czy choćby stan ciszy w naszej głowie. Ciszy, która oznacza, że nic nam tam w środku nie brzęczy, że jest nie tak, jakby być mogło. Przecież w porównaniu z …

 

No właśnie. Porównania. Mózg perfekcjonisty nie śpi nigdy. Działa jak radar przeczesując otoczenie i dostępną rzeczywistość. Do powstania internetu ta przestrzeń była mniejsza. Porównywać się mogliśmy do sąsiada, koleżanki ze szkoły czy z pracy, ewentualnie do wścibskiej i znienawidzonej ciotki, która przyjeżdżała dwa razy do roku na święta i zawsze wiedziała wszystko najlepiej. Odkąd podłączyliśmy się do sieci — dryfujemy od rana do wieczora po oceanach ludzi z nieskończoną możliwością znalezienia porównań. Ten nasz radar wyłapuje punkty styku, zestawiając je z naszym wyobrażeniem na temat nas samych. W tym równaniu ktoś/coś — vs —ja/moje, my/nasze, zawsze wypadniemy blado, bo wyćwiczony i przez lata utrwalony w nawyk (a z czasem nałóg) krytycznego podejścia nie pozowała nam dostrzegać w sobie pozytywów.

 

 

To zjawisko jest tak głupie, jak tylko możemy sobie to wyobrazić. Z jednej strony jesteśmy inteligentnymi ludźmi i wiemy, że to, że ktoś pięknie rzeźbi, nie oznacza, że wszystko inne robi równie idealnie, z drugiej strony idealność czyjegoś fachu przekreśla to, co my w dziedzinie rzeźby robimy. Kiedy biegam na bieżni, słucham kojących wykładów buddyjskich Ajahn Brahm’a, może znasz. W jednej ze swoich lekcji opowiada o tym, jak budował ścianę w klasztornym pomieszczeniu. On mnich, fizyk z wykształcenia, naukowiec wziął się za murowanie ściany. Dał radę, ale dwie cegły wyszły krzywo. Każdego dnia widział tylko te dwie krzywe cegły zamiast pozostałych 998 położonych i zacementowanych dobrze. To doskonale obrazuje, co dzieje się w głowie perfekcjonisty. Nie śpimy przez te dwie cegły i przekreślamy pozostałe 998. I spróbuj nam coś powiedzieć! Jakieś coś w stylu „nie przesadzaj”. Najpierw ubiczujemy pocieszyciela na amen, a potem ukrzyżujemy na najbliższym płocie, że tak pozwolę sobie zmienić religię w tym akapicie w sposób płynny.

 

Jako perfekcjoniści mamy jakiś rodzaj wybiórczej amnezji na to, co robimy dobrze i wyłapujemy tylko to, w czym na skutek porównania wypadamy słabo. Wypadamy słabo — więc narzekamy. Porównujemy swoją ścianę z cegieł do ściany wykonanej przez mistrza murarskiego, który nie mam matury, ale robi to, co robi od 30 lat — więc dziwne nie jest, że po mistrzowsku mu to wychodzi. Następnie wkurzamy się (zupełnie niesłusznie) na samych siebie o dwie wystające cegły. Wymagamy — znowu wyłącznie od siebie — bycia nie tylko ekspertami w swoim fachu, ale ponadto oczekujemy, że i języki, i krawiectwo ciężkie, i gotowanie, i murarkę to my musimy na szóstkę z plusem i wyróżnieniem. Oczywiście jak u każdego perfekcjonisty kończy się na mocnej piętce — czyli nie szóstce — więc znowu narzekamy. Narzekając, myślimy o sobie źle. Myśląc źle, ładujemy kamienie do emocjonalnego tobołka, który wleczemy za sobą latami. Ponieważ piątka nam nie wystarcza — wolimy nie robić nic niż dostać ocenę mniejszą niż szóstka. To dlatego porównania i wyłapywanie „dwóch cegieł” potrafią zrujnować nam dzień, tydzień a czasami blokują nasze działanie na lata.
To jest ta scena, w której w nasze życie zawsze wjedzie jakiś znajomy z Facebooka, z truizmami w guście „nie porównuj się” i „nie oceniaj”. Taaa. Jasne. Powodzenia. Chyba Ty.

 

 

Tak jak benzyna jest paliwem samochodów spalinowych, tak porównywanie się jest paliwem każdego perfekcjonisty. Zdanie „nie porównuj się” to krzyk wołającego na puszczy, zaklęcie, które nie otwiera naszego skarbca, klątwa, która na nas nie działa, bo w nią nie wierzymy. Porównania są naszym motorem działania. Perfekcjonista, widząc, że ktoś robi coś lepiej — podnosi sam sobie poprzeczkę i jest w stanie nadludzkim wysiłkiem tę poprzeczkę przeskoczyć. „Porównywanie się” podpala perfekcjonistę do działania i jest dźwignią jego osobistego postępu. To dlatego tak trudno nam świadomie pozbyć się „porównywania”, bo boimy się utracenia imperatywu wewnętrznego zmian. Widzimy — najczęściej nieświadomie — głęboki sens w: dostrzeganiu różnic pomiędzy mistrzem a nami oraz w krytycznym podejściu do własnych niedoskonałości. Krytycyzm ten nie pozowała nam spać do momentu, aż nie wyrównamy cegieł. To jest właśnie ta wartość, o której pisałam kilka akapitów wcześniej.

 

Gdyby ta cała historia naszego perfekcyjnego wnętrza kończyła się w tym punkcie, byłoby spoko. Ja perfekcjonistka, widzę swój poziom względem czyjegoś, widzę, że jestem daleko za wsią, więc zmotywowana wewnętrznie, cisnę jak przecinak, by być na poziomie mistrza. A gdy na skutek ciężkiej pracy wejdę już na moje prywatne K2 w dowolnej dziedzinie — otwieram szampana i celebruję bycie nieustraszoną wojowniczką w walce o hartowanie się mojego charakteru. Kłopot w tym, że to tak nie działa. U perfekcjonisty zrealizowanie wyidealizowanego marzenia, wspięcie się na wszystkie ośmiotysięczniki branży, w której się funkcjonuje, nie przynosi ani ulgi, ani satysfakcji. Nie przynosi radości ani dumy. Nie przynosi też trwałego zadowolenia i zapamiętania, jak daleką ścieżkę rozwoju właśnie się pokonało. Perfekcjonista, realizując wariant mistrzowski, nie widzi w tym nic niezwykłego — wszystko przecież poszło zgodnie z planem, a to nie jest dla perfekcjonisty wystarczający powód, by walić w werble. Moment, w którym zdałam sobie sprawę, że jestem wiecznie nienasycona, to był moment zwrotny.

 

Moje narzekanie było wynikiem wiecznego nienasycenia. Nie wiem jak trafniej opisać Ci ten stan. Nie osiągnę perfekcji — źle. Osiągnę — nic wielkiego. Taki był przecież plan. Wyjście z trudnego zakrętu nie było dla mnie powodem, aby przystanąć i poczuć satysfakcję — było miejscem widokowym, by precyzyjnie wyznaczyć sobie odległą trasę do kolejnych zakrętów. To tak jakby wiecznie być głodnym, a potem z tym uczuciem głodu siąść przy stole pełnym potraw i jeść, ciągle jeść i nie czuć, że już nie zmieści się ani okruszka. Tragedia murowana (nomen omen vide cegły). Tak mają niektóre rybki akwariowe. Ich mózgi nie posiadają ośrodka odpowiadającego za najedzenie – zeżrą więc ile wsypiesz. Teraz czerwienią się przed komórkami i komputerami ci, którzy choć raz przekarmili welonkę — w tym ja.

 

Pokapowanie, że „jakieś coś” – z tego miejsca przepraszam neurologów i psychiatrów, bo precyzyjnie to ja nie wiem, co to jest — nawala w moim mózgu i nie wysyła mi sygnału nasycenia czy satysfakcji było momentem zwrotnym w moim gdakaniu. Zaczęłam dostarczać sobie namacalnych manifestacji najedzenia. Spisuję w zeszycie kolorowymi pisakami wszystko, co zrobiłam — a widząc ilość — już nie brzęczę, że mogłabym być bardziej pracowita (czytaj: nie rąbię się siekierą, że jestem leniuchą). Dokładnie określam, jaki mam cel — intencję — i co uznaję, w dniu kiedy to ustalam, za moment osiągnięcia mety. Kiedy ją mijam, kiedy osiągam K2, uderzam w werble, i daję sobie puchar — chociażby z emoji 🏆. W praktyce oznacza to na przykład wysyłanie smsów do mojego brata, bratowej czy przyjaciółek, że zrobiłam XYZ. Nie boję się, że zostanę odebrana „jakośtam” – bo grupa najbliższych mi osób jest hermetycznie mała i ci konkretni ludzie wiedzą, z czym ja mam problem. Celebruję. Szumne słowo, które w przypadku introwertyka oznacza kocyk, herbatę z cytryną zrobioną specjalnie na tę okazję i zapalone świeczki. Normalni ludzie nazywają to odpoczynkiem — jeśli jesteś perfekcjonistką lub perfekcjonistą, wiesz, że my nie odpoczywamy. Nigdy. Nawet wtedy, gdy siedzimy nieruchomo, biczujemy się w myślach lub planujemy podbój kosmosu.

 

Perfekcjonizmu nie wydłubiesz sobie z siebie. Tacy jesteśmy. Ty, ja i jeszcze pewnie kilka osób czytających dzisiejszy wpis. Możesz jednak przesunąć suwak ze skrajnej nienasycenia bardziej na środek. Zrobiłam to dostarczając sobie materialnych, namacalnych manifestacji najedzenia oraz przez to, że przestałam narzekać. Jak tylko ciśnie mi się na usta międzenie wchodzę w uważność i zamieniam w głowie myśl, która mi przyszła na inną. Tym razem pozytywną. Plusy — nie do przechwalenia. Po pierwsze nie marudząc nie wysyłam mózgowi sygnałów, że jest źle. Dla naszego mózgu nie ma znaczenia, czy coś się dzieje naprawdę, czy tylko w naszych wyobrażeniach. Nie wierzysz? Przypomnij sobie reakcję swojego ciała na pikantnego smsa, który przyszedł do Ciebie przed jedną z pierwszych randek. Nie jesteś w sytuacji intymnej. Nie ma przy Tobie obiektu uczuć. Jesteś na ulicy, w biurze bądź w samochodzie, a jednak czujesz podniecenie zupełnie tak, jakby to się działo naprawdę. Uwaga wracamy do perfekcjonizmu i mózgu — wiem ciężko — jesteś teraz na swojej najfajniejszej randce.

 

Nie narzekam więc i nie wysyłam sygnałów, że jest źle. Mój mózg nie produkuje więc hormonów stresu. Nie jestem więc zestresowana, co jest pierwszym krokiem do widzenia szklanki do połowy pustej. Nie marudząc nie rozpoczynam pętli perfekcjonisty, na której łatwiej się mentalnie powiesić niż z niej wyjść. Uprawiam więc nową, nieznaną mi dziedzinę sportu, jaką jest niemarudzenizm. Celowo tutaj nie piszę — optymizm. Kijem Wisły nie zawrócę, od marudzenia do optymizmu jest zbyt daleko bym z dnia na dzień stała się Pollyanną. Zresztą, tak między nami, wkurzała mnie ta książka jak mało która. Ja nawet nie wiem, czy nie była powodem mojego rozkochania się w narzekaniu. W świecie zdominowanym przez Anię z Zielonego Wzgórza Pollyannę i zawsze zaradnych bohaterów w guście harcerzy i Pana Samochodzika narzekanie wyróżniało mnie spośród tłumu. Ot i kolejny profit płynący z brzęczenia. Nie marudząc moje otoczenie też funkcjonuje inaczej. Mamy w naszym mózgu neurony lustrzane — jeśli my jesteśmy smutni — smutni są też ludzie wokół nas. Udziela im się nasz smutek. Udziela się im też nasz wisielczy humor, stres, czy podły nastrój. Dokładnie tak samo, jak udziela się śmiech. Następnym razem, kiedy ktoś w autobusie zacznie się śmiać, popatrz na twarze pasażerów. Uśmiechną się i będzie to właśnie wynik działania neuronów lustrzanych. A jeśli trafi się ktoś z tzw. zaraźliwym śmiechem w którmkim czasie wszyscy będą rechotać pod nosem. Przypomnij sobie jakąś wpadkę telewizyjną, gdy prezenter nie umie utrzymać powagi i zaczyna się śmiać do łez, nie mogąc równocześnie złapać spokojnego oddechu. Ciebie też to rozbawiło, prawda? Do łez.

 

Porównywanie się nie jest złe. Jest motorem naszego postępu. Gdybyśmy trwali w wiecznym samozadowoleniu nadal malowalibyśmy ludzi bokiem, bez zachowania zasad perspektywy. Nadal jeździlibyśmy wyłącznie konno wieczorami siedząc przy świecach. Perfekcjonizm wraz z aktem porównywania się nie jest zły. Należy jedynie przyhamować na stacji „moja meta”. Trzeba też wejść w uważność i nagrodzić się za swój kolejny szczyt. Następnie szczyty te należy kolekcjonować i często sobie o nich przypominać, by wreszcie przestać narzekać. Stąd tylko krok do punktu, w którym włączy nam się myślenie, że życie nie jest idealne i choć Zosia na zdjęciu w 2 a faktycznie ma idealną grzywkę, to jednak trampki ma brudne i na dodatek zawiązane krzywo. 

 

Ściskam, 

 

Basia

 

#TuSięCzytaWPiątki

 

 

ps. 

 

Tekst ten napisałam z naiwną nadzieją, że któregoś dnia przeczyta go moja córka. Córeczko to narzekanie masz po mnie. Wyssałaś je z mlekiem matki, a karmiłam Cię piersią długo. Pewnego dnia, wierzę w to ogromnie, zmęczysz się tak jak ja tym nienasyceniem a wtedy obiecuję Ci, że kraina z jednorożcami, które rzygają tęczą nadal się nie zmaterializuje, ale życie zacznie być bardziej znośne. Zdecydowanie. 

ps2.

 

Ty wiesz, że pisałam dla Ciebie i właśnie na Twój komentarz czekam.

 

Kategoria: